Zawiało, zasypało, dolecieć nie dało…

Właśnie wróciłam z tłumaczenia wyjazdowego, na którym wszystkie pociągi były na czas (co jest w zimie rzadkością), nie podwędzili mi portfela w Paryżu, telefon tylko z rzadka tracił zasięg, nie zapomniałam kontynentalnej przejściówki z domu ani zasilacza do komputera z kabiny, nikt się nie rzucił pod pociąg w Lille ani nie utknęliśmy w tunelu na wiele godzin. Jednym słowem, pierwszy raz, odkąd pamiętam, cała podróż przebiegła zupełnie bezproblemowo.

I przypomniało mi się pewne zlecenie sprzed miesięcy.

W całej zachodniej i północnej Europie śnieg wtedy nie chciał przestać padać. A miałam lecieć na konferencję do Frankfurtu.

Dojechałam na Heathrow metrem już nieco podenerwowana, bo późno wyszłam z domu, zapomniawszy komórki. Złe złego początki. Wysiadłam na stacji ”Terminal 1-2-3″. Przeszłam wszystkie kontrole w Terminalu 1, w ramach których dogłębnie (dosłownie) przestudiowano zawartość mojej torby i sprawdzono komputer (”for explosives”).

Zadowolona udaję się do EAT, by kupić ulubioną sałatkę z falafelem, ale rzucam jeszcze okiem na tablicę odlotów. Zaraz, zaraz. Frankfurtu British Airways nie ma. Ekhm. Hm. Gorączkowo sprawdzam kartę pokładową. Frankfurt jak wół. To dlaczego o tej godzinie jest tylko lot do Dublina? Może kupiłam zły bilet? Może zlecenie jednak jest w Dublinie? (Coś podobnego zdarzyło się kiedyś koleżance, dziękowała Bogu za Ryanaira.) W Dublinie byłam w zeszłym tygodniu, a przecież chyba bym pamiętała, że w tym miesiącu mam być tam więcej niż jeden raz?! Sprawdzam kontrakt. Frankfurt jak wół. Ożeż cholera jasna, Frankfurt BA ma lecieć z T5!!! A jestem na pierwszym. Ale przecież pokazywałam kartę pokładową, nie widzieli, że to nie ten terminal, jakim cudem mnie wpuścili?! Zestresowana i mocno na siebie wkurzona, docieram do informacji, gdzie miła pani mnie instruuje, że najszybciej można się dostać na piątkę autobusem (metrem albo Heathrow Express nie warto, za daleko trzeba by iść). Gnam więc, przeciskając się przez rozlazłe tłumy w świątecznym już nastroju, niemal przewracając tandetnie udekorowaną choinkę w turystycznej wersji Harrodsa.

Mam szczęście, autobus zaraz odjeżdża. W nim same stewardessy, wszystkie z BA, co rejestruję bez zdziwienia, bo w końcu ten T5 to podobno ich ”home”. Dumnie tak tam piszą. Tylko w takim razie dlaczego latają też z innych terminali i mylą Bogu ducha winnych pasażerów?!

Jak się można było spodziewać, na T5 dzikie tłumy. Przedzieram się przez nie dzielnie, taszcząc bambetle (dobrze, że tej sałatki w końcu nie kupiłam). 40 minut do planowanego odlotu, boarding za 10 minut. A jeszcze muszę przejść tę nieszczęsną kontrolę bagażu. Wyjąć komputer, Kindle’a, płyny i wyglądać niewinnie, bo znów będą sprawdzali, czy mam bombę w komputerze. Te wszystkie myśli kotłują mi się w głowie, gdy z nadzieją pytam pana w informacji, czy jest szansa, bym migusiem dotarła do gate’u, bom taka ofiara losu itd. A ten mi z rozbrajającym uśmiechem oznajmia, żebym się ”relax” (dobre sobie!), bo mój lot odwołany. Frankfurt nie przyjmuje bowiem żadnych samolotów, zasypało, zawiało, ”the wrong kind of snow”, sama pani rozumie, kontynent odcięty.

Zaklęłam w duchu kilka razy, za każdym razem inaczej, jak na tłumaczkę przystało.

No dobra, to jakie mam opcje? Muszę dotrzeć wieczorem, bo od rana pracuję. Jesteśmy w UK godzinę w plecy, więc poranny lot nie wchodzi w rachubę. A zresztą może nadal nie będą wpuszczać. Pomocny pan proponuje Stuttgart, za półtorej godziny. BA kasy za bilet kolejowy stamtąd do Frankfurtu nie zwróci, no bo niby dlaczego mieliby, pan mi klaruje. Nie mam czasu się z nim handryczyć, klient przecież zapłaci, ale może napiszę list potem, poradzę się Justyny S., mistrzyni reklamacji.

Znów się przedzieram przez ciżbę biznesmenów, walizek i rodziców rwących włosy z głowy. Kolejki długie jak Central line.

W Stuttgarcie też śnieg, ale mniej. Przede mną tylko dwa pociągi. Pestka. Stoczywszy następną bitwę z tłumem przy kasach, z biletem w zębach, spocona jak mysz, moszczę się na ostatnim wolnym siedzeniu w wagonie i czekam. I czekam.

I czekam.

I nic.

Nie jedziemy. Proszę się przesiąść do pociągu trzy perony dalej. Ten jeszcze trochę poczeka, bo coś tam z lokomotywą. Znów zbieram swoje manele, zakładam szalik, czapkę i bezsensownie długi zimowy płaszcz. Przez który o mały włos nie spóźniam się na ten drugi pociąg, bo mi się zakleszczył był pod oparciem siedzenia.

Wreszcie dojeżdżam do Frankfurtu. Taksówka do hotelu konferencyjnego w normalnych okolicznościach miałaby największy sens, ale teraz podobno ciężko się przedrzeć przez ten śnieg. S-Bahn lepsza. No to jadę, cztery stacje. Wiem, na której mam wysiąść, ale przez zupełnie oszronione okna nic nie widać. Jakaś pomocna para tubylców, najwyraźniej litując się nad cudzoziemką z rozwianym włosem o wyglądzie desperatki, informuje mnie, że też na tej stacji wysiada i może mnie nawet podrzucić samochodem do hotelu, bo nie będzie mi łatwo dojść tam teraz pieszo. Nie wyglądają na seryjnych morderców, więc zupełnie zrezygnowana przystaję na tę propozycję. Wysiadamy, a tam ten ich samochód kompletnie zasypany. Widzieliście tę reklamę, w której facet odśnieża rano auto, męcząc się niemiłosiernie? I się potem okazuje, że biedak odśnieżył cudze?

No to właśnie coś takiego nam się przydarzyło.

Niezrażeni jednakowoż tą idiotyczną wpadką (mnie to już w ogóle nie wzruszyło), po podwójnym odśnieżaniu i lodu zeskrobywaniu, się ślimaczymy, bo droga jak z waty. Ale w końcu docieram do hotelu, z bezbrzeżną ulgą, wdzięczna moim dobrodziejom i cholernie głodna. Sałatka byłaby teraz jak znalazł.

Nazajutrz przychodzę cała dumna – i bardzo blada – do kabiny. Tam już jest kolega, który dotarł bez przygód, bo jest miejscowy, no i drogi już zdążyli doprowadzić do stanu używalności. Dzielnie się produkujemy, wszystkie moje pieczołowicie przygotowane słówka i nazwy się przydają, normalnie cud miód, tłumaczymy jak nakręceni. Sobie a muzom, informuje nas szefowa ekipy po godzinie. Polscy delegaci nie dojechali.

Przez śnieg we Frankfurcie.

 

Fot. Atli Harðarson / Flickr; British Airways

Autor(ka) Wszystkie posty

Monika Kokoszycka

Monika Kokoszycka

Tłumaczka konferencyjna, członkini AIIC, z akredytacją UE (PL>EN, EN>PL, DE>PL). Absolwentka Instytutu Lingwistyki Stosowanej UW i podyplomowych studiów European Masters in Conference Interpreting (EMCI). W przeszłości wykładowca na londyńskim University of Westminster (EMCI) i ILS UW (w tym EMCI). Obecnie przedstawicielka na Wielką Brytanię i Irlandię sieci AIIC VEGA, która pomaga młodym tłumaczom stawiać pierwsze kroki w zawodzie. Prowadzi stronę „Tłumacze z polskiego" oraz anglojęzyczny blog „InterpreterSoapbox".

komentarzy 6Skomentuj

  • ale numer, ale historia! fajnie opowiedziana i strasznie śmieszna, ale w realu to przeżyć – nie, dziękuję 😉

  • Ciekawa historia, nie mogłam oderwać się od czytania! 🙂 W trakcie myślałam tylko, że tego typu wydarzenia dla tłumaczy i tłumaczek konferencyjnych mogą być niebezpieczne, bo jak skupić się – do tego stopnia, do jakiego tłumacz konferencyjny musi – gdy jest się niewyspanym, gdy zdenerwowanym, gdy głodnym.

    • Agnie, no właśnie. A połowa sukcesu to w ogóle do pracy dotrzeć! 😉

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.