Za (kilo)waciki

Tłumacz to ma klawe życie. Pójdzie taki trochę potłumaczyć na konferencji o kosmetykach i za swą pracę dostanie zestaw jakiś przeciwzmarszczkowy czy inne cienie do powiek.

KMT Screen Shot 2015-08-19 at 19.41.15

I to nie byle jakie, tylko Estée Lauder. Nic, tylko brać. Będzie jak znalazł na te koncerty, na które się dostanie bilety zamiast honorarium.

Warsaw Summer Jazz Days_za bilety_16.2.15

Właściwie jakby tak poszperać w ofertach w internecie, to można by się nieźle obłowić. Może nawet zupełnie zrezygnować z honorariów pieniężnych?

Może mój dostawca energii elektrycznej ma jakieś zlecenia dla mnie za kilowaty? Jakbym tak mogła dla nich jeden dzień popracować, to może mi nie każą płacić za mniej więcej… trzy miesiące zużycia? Tłumaczenie za kilowaciki, kto reflektuje?

A może supermarket, w którym zwykle robię cotygodniowe większe zakupy, potrzebuje tłumaczy? Jakbym tak ze dwa dni dla nich popracowała, to bym może też przez kilka miesięcy za darmo jadła?

Puśćmy wodze fantazji. Wyobraźcie sobie, że pracujecie dla Lamborghini… 😉

Lamborghini_David Villarreal Fernández_flickr

Dobrze, schodzę na ziemię. Jeśli nie samochód, to może chociaż… wycieraczki? Dywaniki? Potem na Allegro można by sprzedać. Podobnie zresztą jak zegarki, sukienki, tiszerty Manchester United, czekolady… A jak się nie ma czasu na upłynnianie łupów? To sobie kogoś wynająć można, nie? I płacić mu tłumaczeniami!

Kiedyś pracowałam dla producenta nalewek. Przepysznych zresztą. Dali mi nawet dwie do domu. I jeszcze zapłacili. Frajerzy, mogli byli dać ze cztery i byłoby z głowy. Nie bardzo wiem natomiast, czym by mieli mi zapłacić na przykład producenci systemów hamulcowych do TIR-ów…

Ale gdyby się spotkali w jakimś egzotycznym miejscu? Pojechałoby się za darmo… to znaczy za tłumaczenie. Bo przecież jakby mieli nam jeszcze normalnie pieniędzmi za usługę zapłacić, to by im się nie opłacało. Takiego darmozjada trzeba by i w jakimś hotelu przenocować, i jeść też chce. Jakby do tego na ten przykład do jakiejś Kanady miała taka tłumaczka pojechać, to przecież sam przelot fortunę kosztuje. Do Grecji to jeszcze można by ją od biedy autokarem wysłać, ale do Kanady to już nie bardzo. No to niech się cieszy, że ją zabierają i że świata trochę zobaczy. Przecież referencje dostanie!

To właściwie dlaczego ci tłumacze się pieklą? Olek, no, co się Klubu Młodego Tłumacza czepiasz!* KMT jest związane ze Stowarzyszeniem Tłumaczy Polskich i przecież jakieś standardy promuje. Może według KMT do takich standardów wcale nie musi należeć praca za pieniądze. Może być i za waciki, zwłaszcza gdy są od Estée Lauder. Jak się jest młodym i się chce szybko zdobyć doświadczenie, to się nie wybrzydza, tylko się bierze, co dają. Dwa dni w Serocku za kosmetyki renomowanej firmy? Z pocałowaniem ręki.

Gdy mieszkałam jeszcze w Warszawie i prowadziłam zajęcia z tłumaczenia konferencyjnego w ILS UW, pewien właściciel biura tłumaczeń wspomniał mi o zleceniu gdzieś w Afryce. Że pewnie ja sama go nie zechcę, bo honorarium zapłacić klient „nie może” (komercyjny, nie PAH czy Amnesty International lub jakaś podobna organizacja, zaznaczam), ale za to przelot, wyżywienie i hotel są za darmo. I że może jakiegoś studenta lub jakąś studentkę mogę polecić? Ja na to, że czułabym się co najmniej niekomfortowo, że mnie samej żaden nauczyciel nie proponował nigdy takich zleceń bez honorarium. Ba! To moi nauczyciele wprowadzali mnie na rynek (zresztą niewiele wcześniej), polecając do pracy za stawki takie, jakie sami dostawali. „Ale przecież informację tylko wystarczy przekazać!” Argument jak z posta KMT powyżej. Różnica polega na tym, że powyżej pada on ze strony samych tłumaczy. Młodszych stażem, choć warsztatowo chyba niekoniecznie gorszych? (To o stażu i warsztacie to mi pod koniec studiów do głowy kładli moi konferencyjni mentorzy.) Czyżby więc obie strony były za? Ja w każdym razie nie chciałam pośredniczyć. Usłyszałam wtedy tyradę, że pozbawiam studentów szansy na zdobycie doświadczenia, egzotycznego wyjazdu za darmo (no bo przecież w zamian by tam „tylko potłumaczyli”) i że mam muchy w nosie.

Czy w takim razie winna jestem moim byłym studentom przeprosiny za to, że odebrałam im życiową szansę tłumaczenia w Afryce na arcyważnych negocjacjach o ochronie okapi – za bilet lotniczy? To z tymi studentami lata temu pomagałam w STP reaktywować KMT, którego byłam potem opiekunem. Niektórzy z nich tłumaczyli za darmo (i pewnie nadal tłumaczą, jak wielu z nas) dla różnych szlachetnych organizacji non-profit. Ale jakoś sobie tych moich sprzed lat nie wyobrażam pracujących dla wielkiego koncernu kosmetycznego za waciki. Muchy w nosie, no.

Zob. też 21 najlepszych tekstów klientów tłumaczy

 

* Komentarz pewnego młodego tłumacza

Z solidarnie świętym oburzeniem czytuję opowieści koleżanek i kolegów po fachu – o tym, czego to już im nie proponowano w charakterze wynagrodzenia dla tłumacza. Poza pieniędzmi oczywiście, a najczęściej zamiast nich. Uważam się za szczęściarza, bo w mojej krótkiej karierze takie oferty składano mi niezwykle rzadko.

Nie warto o nich opowiadać. Są bowiem niepoważne, a na niepoważnych klientów – w dodatku niedoszłych – szkoda czasu.

Warto go natomiast poświęcić na pracę u podstaw. Wobec osób trzecich i wobec siebie, szczególnie, gdy jest się tym młodym tłumaczem – który musi brać, co dają, ale którego wszak „nikt nie przymusza”.

Z własnego, bardzo nieodległego doświadczenia wiem, jakie to trudne; że przecież ta jedna konfa więcej do CV i z kolejnymi już pójdzie łatwiej, a przy okazji zaoszczędzę w tym miesiącu na wac… kosmetykach i może starczy na prąd. Potem już będzie normalnie. Potem już będą mi płacić, a tymczasem rozwinę się zawodowo.

Nie będą.

Rozwój zawodowy to nie tylko nowe kwalifikacje i doświadczenia. To także coraz liczniejsi i zamożniejsi klienci w portfelu. „Kupowanie” rozwoju za waciki (choćby i od Estée Lauder) to jego zaprzeczenie. Klient, który nie chce płacić, nie jest klientem. Nie zapłacił teraz – nie łudźmy się, że przy kolejnej okazji zechce to zrobić, więc nie jest też kontaktem na przyszłość.

Ktoś powie, że w ten sposób można przecież zdobyć nieco niezbędnego obycia i praktyki. Jednak koszt takiego sposobu myślenia ponoszą wszyscy tłumacze. To bowiem potwierdzenie, że słownik tłumacza kończy się na „doświadczenie” i nie obejmuje już hasła „honorarium”.

Im więcej takich potwierdzeń wyślą poszukujący doświadczenia tłumacze, tym trudniej będzie pozostałym negocjować porządne honoraria. Albo jakiekolwiek honoraria w ogóle. Ten bumerang wróci też do poszukujących, kiedy zechcą w końcu pracować za pieniądze. I to przecież nie byle jakie. Wszak chcemy być w naszym fachu coraz lepsi, a przez to lepiej opłacani… prawda?

Klub Młodego Tłumacza nikogo nie zmusza. Ale – choć tego najwyraźniej nie rozumie – działa na rzecz kolejnego pseudo-klienta, który chce coś mieć, ale nie chce za to płacić. Choć to osobliwe, to jednak my, młodzi tłumacze, musimy KMT (działającemu pod szacownymi auspicjami STP), a przede wszystkim sobie, zwrócić uwagę, że… kasa, misiu. Kasa.

Olek Szojda
Tłumacz konferencyjny PL-ES-EN z dwuletnim doświadczeniem, absolwent Uniwersytetu Grenadzkiego, jedyny w Polsce tłumacz przysięgły Ministerstwa Spraw Zagranicznych Królestwa Hiszpanii

 

 

Zdjęcia:
erfan a. setiawan / Flickr
zrzut ekranu ze strony fb Klubu Młodego Tłumacza przy STP (19.8.15)
zrzut ekranu ze strony fb Warsaw Summer Jazz Days (16.2.15)
David Villarreal Fernández / Flickr

                                                

Autor(ka) Wszystkie posty

Monika Kokoszycka

Monika Kokoszycka

Tłumaczka konferencyjna, członkini AIIC, z akredytacją UE (PL>EN, EN>PL, DE>PL). Absolwentka Instytutu Lingwistyki Stosowanej UW i podyplomowych studiów European Masters in Conference Interpreting (EMCI). W przeszłości wykładowca na londyńskim University of Westminster (EMCI) i ILS UW (w tym EMCI). Obecnie przedstawicielka na Wielką Brytanię i Irlandię sieci AIIC VEGA, która pomaga młodym tłumaczom stawiać pierwsze kroki w zawodzie. Prowadzi stronę „Tłumacze z polskiego" oraz anglojęzyczny blog „InterpreterSoapbox".

komentarze 2Skomentuj

  • Bardzo prawdziwe, niestety. Brakuje jeszcze wzmianki o tłumaczeniu „do kotleta”, kiedy to po całym dniu pracy w kabinie lub stole negocjacyjnym proponuje się tłumaczowi, żeby potłumaczył jeszcze wieczorem na kolacji/ koktajlu/ imprezie/ dancingu/ evencie z Wielkimi Wodzami i gośćmi, oczywiście nie za darmo, bo przecież „dobrą kolację sobie Pani zje/ co będzie Pani tak sama w pokoju siedzieć/ tylko dwa zdania pan prezes powie, a potem już impreza” i pała świętym oburzeniem, kiedy tłumacz odmawia albo, co gorsza, ŻĄDA ZA TO PIENIĘDZY.

  • Prcowalam kiedys jako etatowa tlumaczka w jednej z duzych korpo. Tam tlumaczenie „do kotleta” bylo w pakiecie uslug, tak samo jak imprezy z ekspatami i tlumaczenie „laskom” bajeru. Rynek uslug chyba sie zmienil od tego czasu 🙂 swoja droga… Tlumaczenie za waciki czy za bilet nie jest niczym innym niz praca np. za mieszkanie i wyzywienie, takie part-time au pair. Oczywiscie odpowiednie tylko na poczatkowym szczeblu kariery i raczej pod haslem „praktyka” a nie praca. Pozdrawiam!

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.