Polski w duszy, angielski w głowie. Rozmowa z Janem Krótkim

Jan Krotki_2016 rok fot. Katarzyna Krotki

Jan Krótki 2016 fot. Katarzyna Krótki

Jan Krótki – tłumacz konferencyjny EN<>PL, EN<>FR, PL<>FR, RU>PL, RU>EN, RU>FR. Jeden z najbardziej znanych tłumaczy z językiem polskim w Europie zachodniej, jeden z pierwszych członków AIIC z językiem polskim, który pomagał wielu kolegom przystąpić do AIIC – co było bardzo cenne, bo jeszcze w latach 90. polski był rzadkim językiem wśród członków i niełatwo było o poparcie dla nowych kandydatów. Człowiek wielu talentów, pełen życzliwości dla świata, z dużą wiedzą i charyzmą. O którym kiedyś inny kolega, znakomity tłumacz, powiedział: „Krótki? He’s something else”. 

Pracowaliśmy razem w Strasburgu w styczniu 2016 i udało mi się wtedy z nim porozmawiać o jego ciekawym życiu, podróżach, językach i jego rzadkiej kombinacji językowej (trzy aktywne języki, w których się brzmi jak ktoś natywny, to naprawdę rzadkość!) i o tym, jak to się stało, że został tłumaczem. Oto zapis tej rozmowy.

 

Monika: Jan, z jakich języków i na jakie pracujesz?

Jan: W klasyfikacji AIIC mam angielskie A, polskie B, francuskie B i rosyjskie C, więc mam trzy języki aktywne i jeden bierny.

Trzy aktywne języki i trzy paszporty.

Tak, trzy paszporty mam. Chociaż mieszkam we Francji od trzydziestu paru lat, to nie mam francuskiego obywatelstwa, ale mam brytyjskie – bo tam się urodziłem, polskie – po rodzicach, i kanadyjskie – bo 20 lat tam mieszkałem, zanim się przeniosłem do Francji.

A na rynku prywatnym, w UE i ONZ jaką masz kombinacje językową?

To się trochę różni. W ONZ i tak nie ma języka polskiego, ale jest bardzo twarda reguła, że się pracuje tylko i wyłącznie na język A, chyba że ewentualnie na dwujęzycznych spotkaniach angielsko-francuskich, tak że w ONZ pracuję na angielski z francuskiego i rosyjskiego. W Unii Europejskiej jestem akredytowany do trzech kabin: angielskiej, polskiej i francuskiej, a na rynku prywatnym też pracuję często w kabinie dwujęzycznej, czy to polsko-angielskiej, czy to polsko-francuskiej, czy to angielsko-francuskiej. I z rosyjskiego. Co prawda, z rosyjskiego na polski to mi się rzadko zdarza, ale było kilka takich zleceń.

W którą stronę lubisz tłumaczyć najbardziej?

To zależy od tematu. Ponieważ władam jednak najlepiej językiem angielskim, bo przez całe dzieciństwo chodziłem do angielskojęzycznych szkół, studia też – matematyczne zresztą – zrobiłem po angielsku w Kanadzie, lepiej mówię po angielsku, potrafię być językowym akrobatą w języku angielskim, dlatego też wystąpienia kwieciste wolę tłumaczyć na angielski, a wystąpienia bardziej techniczne i rzeczowe wychodzą mi też na francuski i na polski.

Skąd te różne języki w twoim życiu?

Z podróży. I z drugiej wojny światowej. Ja w ogóle istnieję dzięki drugiej wojnie światowej, gdyby nie Hitler i Stalin, to moi rodzice by się chyba nie spotkali. Rodzice się znaleźli po drugiej stronie, nie mogli wrócić – ale niezależnie od siebie. I się spotkali w Anglii. Gdyby nie ta wojna, to by się w ogóle nie poznali, bo ojciec z cieszyńskiej burżuazji, a mama z wileńskiej szlachty… Dostali się oboje na studia w Cambridge zaraz po wojnie i tam się poznali, tam się pobrali i później ojciec pracował w Anglii, ale szybko mu zaproponowano pracę w Sudanie, a później w Stanach, a później w Pakistanie. Przez to, żeśmy się tak przenosili co parę lat, to ten język polski odgrywał bardzo ważną rolę w moim życiu. To była taka stała w moim życiu. Byliśmy w Chartumie, w Karaczi, w Princeton, w Ottawie. Zawsze mieliśmy choinkę, nawet w Karaczi, zawsze było 13 dań na wigilię… Teraz jak wracam do Polski na święta, to śpiewam ze wszystkimi kolędy, których się nauczyłem w Chartumie. I jest w tym coś bardzo pięknego.

Jan z Braćmi, Rodzicami i psem w ogrodzie domu rodzinnego w Karaczi

Jan z Braćmi, Rodzicami i psem w ogrodzie domu rodzinnego w Karaczi

Ale w Polsce nigdy nie mieszkałeś?

Wyemigrowałem 8 lat przed urodzeniem. 🙂 Zamierzamy z żoną wrócić do Polski na stare lata. Żona jest urodzona i wychowana w Polsce.

Jak twoim rodzicom udało się sprawić, że twój polski brzmi jak ojczysty, mimo że nigdy w Polsce nie mieszkałeś?

Dyscyplina. Rodzice mówili w domu tylko i wyłącznie po polsku – chyba że byli jacyś goście przy stole, którzy polskiego nie rozumieli. Kiedy odzywaliśmy się do ojca po angielsku, on udawał, że nie rozumie, chociaż dobrze wiedzieliśmy, że rozumie. Ojciec dla utrzymania czystości polskiego języka, który bardzo kochał, tłumaczył absolutnie wszystko, nawet nazwy geograficzne, tytuły, które nie powinny być tłumaczone. Mam dwóch braci, jednego starszego i jednego młodszego, którzy nie uchodzą za Polaków urodzonych w Polsce, a mnie się to udaje. Gdy miałem cztery lata, jeszcze ani razu nie byłem w Polsce, ale moja babcia, wspaniała kobieta, matka mamy, mogła z Polski wyjechać. Już była wtedy na emeryturze, a władze polskie wypuszczały takich ludzi – no bo gdyby nie wrócili, to tym lepiej, nie trzeba by było wypłacać emerytury… Dostała paszport i przyjechała na wakacje letnie do Anglii. Myśmy wtedy mieszkali w Sudanie, ale pojechaliśmy do Anglii na wakacje. Mama wynajęła domek gdzieś na wsi, pamiętam, że się nazywał Rose Cottage. I babcia, wiedząc, że spotka czteroletniego wnuczka, przywiozła ze sobą Falskiego. Posadziła mnie na kolana i nauczyła mnie czytać po polsku, zanim się nauczyłem czytać po angielsku. I to chyba mi bardzo pomogło w tym, żeby ten język polski utrwalić, bo szybko złapałem bakcyla czytania, dużo czytałem, babcia co parę miesięcy przysyłała mi paczkę z książkami odpowiednimi dla mojego wieku, czy to do Pakistanu, czy to do Stanów, czy to do Kanady, więc przez całe dzieciństwo czytałem dużo po polsku i to też chyba pomogło.

Jan ze starszym Bratem, Ciocią, Mamą i Babcią (tą od Falskiego), podczas pierwszego pobytu w Polsce

Jan ze starszym Bratem, Ciocią, Mamą i Babcią (tą od Falskiego), podczas pierwszego pobytu w Polsce

A twoi bracia nie?

A moi bracia nie. A poza tym ja się zakochałem w Polsce, w Polce, a bracia nie. Co jest w korelacji z tym pierwszym faktem, ale niekoniecznie spowodowane jedno drugim.

Polskiego się uczyłeś w domu, od rodziców, rosyjskiego w Kanadzie, francuskiego w Pakistanie, a angielskiego między innymi w szkole i w… Sudanie?

Tak.

A dlaczego rosyjskiego w Kanadzie?

Przy szachownicy

Przy szachownicy

Dlatego że byłem zupełnie w szkole odosobniony od wszystkich, trzy lata młodszy od kolegów. Przyjechaliśmy do Kanady, jak miałem 12 lat, poszedłem do 9. klasy, gdzie wszyscy mieli po 15. Odizolowałem się w szachach, zająłem się szachami bardzo poważnie, później nawet profesjonalnie przez parę lat, żyłem z tego. I to było zanim Bobby Fischer wygrał mistrzostwa świata. Sami najlepsi szachiści na świecie to byli Sowieci i najlepsza literatura szachowa była napisana po rosyjsku, nietłumaczona na angielski, bo nie było rynku, było za mało szachistów. Więc się nauczyłem rosyjskiego, żeby czytać książki i periodyki szachowe po rosyjsku. A później wygrałem mistrzostwa juniorów Kanady i byłem kanadyjskim przedstawicielem na mistrzostwach juniorów świata w 69 roku w Sztokholmie. Te mistrzostwa juniorów wygrał niejaki Anatolij Karpow, który później stał się mistrzem świata. W Sztokholmie był i Czechosłowak, i Niemiec z Niemiec wschodnich, i Jugosłowianin, którzy wprawdzie musieli się w szkole uczyć rosyjskiego, ale w ogóle nie potrafili mówić po rosyjsku. A ja potrafiłem. A Karpow mówił wyłącznie po rosyjsku. Przez trzy tygodnie rozmawialiśmy po rosyjsku, bo on nie miał z kim rozmawiać. A 30 lat później go tłumaczyłem dla francuskiej telewizji. Przed wywiadem poszedłem do pokoju, w którym go przygotowywano do tego wywiadu, i się przedstawiłem jako ten Kanadyjczyk polskiego pochodzenia ze Sztokholmu z 69 roku. I że będę go tłumaczył. To było zabawne.

Który język uważasz za ojczysty?

Aaa, ojczysty jest polski, oczywiście. Ja mam polski w sercu, w duszy, jeśli takową posiadamy, i w jelitach. A angielski mam w głowie. Każdy człowiek, taki jak ja, który się wychowuje w sposób wielojęzyczny, wielonarodowy, stoi w pewnym momencie przed tym wielkim pytaniem: kim ja właściwie jestem? jaką mam tożsamość? Jest dla mnie oczywiste, że nie jestem Sudańczykiem, Pakistańczykiem, Marokańczykiem, Francuzem, Anglikiem, Kanadyjczykiem, Amerykaninem też nie, bo nigdy się nie czułem u siebie w domu w tych różnych krajach, więc zdecydowałem, że jestem Polakiem. Po upadku muru postarałem się o polski paszport, żeby to sformalizować, głosuję w polskich wyborach, myślę poważnie o tym, żeby się przenieść do Polski na emeryturę i po prostu jeśli muszę być „kimś”, to jestem Polakiem.

A gdzie jest dom?

Korzenie. Babcia (ta od Falskiego) z Mamą na kolanach

Korzenie. Babcia (ta od Falskiego) z Mamą na kolanach

W Polsce, ale jeszcze nie wiem gdzie dokładnie. 🙂 Moja mama przez wiele lat miała brytyjski paszport, w którym było napisane: „Born in Wilno, Poland (now Vilnius, USSR)“. To dla mnie było znaczące. Zresztą mama na dwa lata przed śmiercią wróciła do Polski, zamieszkała w Krakowie. Po 68 latach tułania się po siedmiu krajach na czterech kontynentach wróciła do ojczyzny. Ja czuję, że też to muszę zrobić. Może właśnie też do Krakowa…

A Paryż?

W Paryżu jestem od ponad 30 lat tym, co Francuzi nazywają travailleur immigré, czyli Gastarbeiter. Jestem paryżaninem, ale nie Francuzem. Nie postarałem się o francuskie obywatelstwo, bo czuję, że można być paryżaninem, ponieważ jest to miasto bardzo kosmopolityczne, bez bycia Francuzem. Moi przyjaciele w Paryżu to są Polacy, Rosjanie, Duńczyk, a partner tego Duńczyka jest, owszem, Francuzem, ale takim, którego rodzina mieszkała w Algierii, wróciła do Francji po tamtejszej rewolucji, jak on miał parę lat, więc też nie do końca uczestniczący w tym głównym nurcie francuskiego społeczeństwa.

Kiedy postanowiłeś zostać tłumaczem?

Ja nie postanowiłem zostać tłumaczem. Zawód postanowił, że ja zostanę tłumaczem. Zatrudniono mnie do pracy w kabinie polskiej na pewien poniedziałek w poprzedni czwartek. Jestem tłumaczem, który nigdy nie został do tego wyszkolony. Pracowałem już wtedy jako tłumacz pisemny. Robiłem doktorat z matematyki, byłem już żonaty, miałem dzieci, trzeba było trochę dorobić do stypendium, więc robiłem tłumaczenia pisemne z rosyjskiego, polskiego i francuskiego na angielski, dla rządu kanadyjskiego głównie, w Ottawie. A tłumacze ustni potrzebowali na gwałt kogoś do kabiny polskiej. Nie mogli znaleźć na całym kontynencie, a w Polsce oczywiście nie szukali, była jeszcze żelazna kurtyna. I mnie znaleźli wśród tłumaczy pisemnych. Zadzwonili do mnie w czwartek i zapytali, czy mógłbym w następnym tygodniu przez cały tydzień pracować w kabinie polskiej dla nich. Powiedzieli „simultaneous interpretation”. A ja powiedziałem: „And what’s that?”, bo nie miałem pojęcia. I oni mi powiedzieli: „No, siedzi pan w kabinie, ze słuchawkami, jak w ONZ, i słucha pan tego, co delegaci mówią po angielsku, naciska pan na guzik, mikrofon się włącza – i pan mówi to samo po polsku”. Ja sobie pomyślałem, że właściwie to ja to robiłem całe życie, to czemu nie. Nie wiedziałem, że to może być trudne i się zgodziłem, tym bardziej że mi powiedzieli, ile za to zarobię, a ja szybko obliczyłem, że w ciągu pięciu dni zarobię tyle, ile wynosiło moje trzymiesięczne stypendium.

Z dziećmi w kanadyjskim lesie

Z dziećmi w kanadyjskim lesie

I tak się zaczęło. Potem przez następnych kilka lat pracowałem od czasu do czasu dla rządu kanadyjskiego jako tłumacz polski, czasami na francuski, podczas pobytu w Quebecu czy w Montrealu, ale głównie z polskiego na angielski i z angielskiego na polski, zawsze dla delegacji komunistycznych partyjniaków z Polski. I w pewnym momencie zdecydowałem, że nie chcę być teoretycznym matematykiem, siedzącym w swojej wieży z kości słoniowej przez całe życie i zastanawiałem się co dalej. Kolega, który pracował na etacie dla rządu, który był Francuzem mówiącym płynnie po chińsku, tłumaczył w kombinacji francuski-chiński, chiński-francuski, uchodził za Chińczyka przez telefon, niesamowity człowiek – to on mnie namówił na to, żeby się zająć tłumaczeniem kabinowym na pełną falę. Zdałem więc taki egzamin akredytacyjny, by móc pracować również z angielskiego na francuski i francuskiego na angielski, a potem też z pasywnym rosyjskim. Zacząłem pracować przede wszystkim jako tłumacz, a już mniej jako matematyk, gdzieś tak w 81, w 83 roku zostałem członkiem AIIC, a w 84 przeniosłem się jako wolny strzelec, z żoną, czworgiem dzieci, dwoma kotami i jednym psem z Ottawy do Paryża, licząc na to, że znajdę tam pracę jako tłumacz, ustny, pisemny… Co się udało po jakimś czasie. Ale przez pierwsze sześć miesięcy było dosyć krucho.

Nawet będąc członkiem AIIC?

Tak, wówczas – a może tak jest do dzisiaj – członkostwo w AIIC znaczyło w Paryżu mniej niż dyplom z ESIT, najbardziej znanej szkoły tamtejszej. Trzeba było czasu. Jak człowiek chodzi do ESIT dwa lata, potem na egzaminie końcowym przychodzą koledzy, słyszą, fama się szybko rozchodzi. A ja musiałem poczekać na te pierwsze kontrakty, które dostałem wtedy, kiedy wszyscy inni pracowali, żeby ktoś mnie posłuchał, zdał sobie sprawę z tego, że ja potrafię. I wtedy to było niedługo po stanie wojennym, tak że mój polski język się w ogóle nie liczył. Tłumaczyłem w kabinie angielsko-francuskiej i z rosyjskiego.

Kiedy polski zaczął się liczyć?

Kiedy mur upadł. Liczył się też wcześniej, przed 81 rokiem już w Kanadzie i w Stanach tłumaczyłem Wałęsę po raz pierwszy, Jana Pawła II, jak był w USA, tak że polski był istotny przy wielkich okazjach. Potem była długa susza, a kiedy mur upadł i rząd francuski, i Unia Europejska zaczęły się interesować kontaktami z Polską, okazało się, że ja jestem bodaj jedynym członkiem AIIC z aktywnym polskim, a na pewno jedynym z aktywnym polskim, angielskim i francuskim – i jeszcze biernym rosyjskim w dodatku – i zacząłem jeździć po całej Europie, tłumacząc tych wszystkich znanych Polaków.

Kogo tłumaczyłeś?

Kogo ja nie tłumaczyłem! Jak spadł samolot prezydencki nad Smoleńskiem, to przeczytałem listę pasażerów i było tam kilkunastu, których tłumaczyłem. Gdy teraz niedawno ksiądz Boniecki, redaktor „Tygodnika Powszechnego”, wydał wspomnienia o znaczących ludziach, których poznał, to też przeczytałem listę osób na pierwszej stronie i też było kilkunastu, których tłumaczyłem. Michnika, Geremka, Kaczyńskich obu, Komorowskiego, Kwaśniewskiego, Gorbaczowa, Jelcyna, Putina z rosyjskiego – i nawet kiedyś dla Putina, Chiraca, Sarkozy’ego, Hollande’a, kiedyś byłem i u królowej brytyjskiej przy okazji spotkania w EBOiR, gdy jakiś polski minister przyjechał i była audiencja u królowej. Pracowałem kiedyś dla rządu rosyjskiego, jak było G8 w Petersburgu, tak że nawet mam Kreml na długiej liście klientów.

Był taki okres, że dużo pracowałem dla francuskiej telewizji. Nelson Mandela, Robert Redford, Bob Dylan, Metallica, David Bowie, Norman Mailer… różni. I oczywiście polscy twórcy kultury: Wajda, Kieślowski, Różewicz, Konwicki…

To, że kiedyś tłumaczyłem na rosyjski dla Putina, to był oczywiście błąd organizacyjny, nie powinienem był tego robić. Ale musiałem, bo byłem sam, w czarnej limuzynie w Oświęcimiu z Putinem i z Chirakiem, i nikogo innego nie było, miał ktoś być, a nie było, więc tłumaczyłem w obie strony. Nie chciałem im w tym momencie tłumaczyć, że moje zasady aiikowskie nie pozwalają mi na to, by tłumaczyć na rosyjski!

Warto być członkiem AIIC?

W Paryżu

W Paryżu

Dla mnie na pewno. Czy dla wszystkich? Uważam, że nawet jeżeli tłumaczowi się to nie opłaca osobiście, dlatego że dodatkowych zleceń z tego powodu nie dostaje, ponieważ ma taką a nie inną kombinację językową, plus miejsce zamieszkania, które nie otwierają drzwi na prywatnym rynku, to mimo wszystko zachęcałbym wszystkich tłumaczy do tego, żeby się do AIIC zapisać, dlatego że jest jednak jakaś siła grupowa, negocjacyjna; im więcej członków, tym bardziej jesteśmy wiarygodni w naszych negocjacjach z ONZ i Unią Europejską i z innymi organizacjami międzynarodowymi, z którymi podpisujemy umowy.

A co byś powiedział komuś, kto dopiero wchodzi na rynek, początkującemu tłumaczowi?

Bardzo trudne pytanie. Wydaje mi się, że sytuacja na rynku się zmieniła na tyle, że relacja podaż-popyt jest zupełnie inna. Na naszą niekorzyść. Ja to otwarcie mówię młodym ludziom, którzy chcą się zajmować tłumaczeniami. Powinni prawdopodobnie być przygotowani na to, żeby tłumaczyć i ustnie, i pisemnie, bo przyszłość pisemnych tłumaczy chyba jest jeszcze na jakiś czas zapewniona, chociaż kto wie… Trzeba łączyć jedno z drugim – i trzeba być przygotowanym też na to, że się pracuje sezonowo. I to w szkołach tłumaczeniowych zresztą mówią absolwentom: słuchajcie, wychodzicie na rynek, powiedzmy, w czerwcu, w lipcu, sierpniu są wakacje, no i ni stąd, ni zowąd we wrześniu, październiku jest bardzo dużo pracy, to jest szczytowy okres, nawet do listopada na wielu rynkach jest dużo pracy. Ale broń Boże nie wydawajcie 100 procent tego, co zarabiacie, bo potem będzie zastój, trzeba się z tym liczyć. Ja to robię już ponad 30 lat i też się z tym liczę, że w styczniu i w lutym zarabiam mniej. Ważne jest też to, żeby być profesjonalnym do końca, co jest niełatwe, bo oznacza szukanie jakiegoś rozsądnego i godziwego kompromisu pomiędzy potrzebami zawodu a potrzebami klientów. Nie powinniśmy się nigdy godzić na warunki, które prowadzą do tego, że źle pracujemy, bo jesteśmy na przykład za długo w kabinie, ale z drugiej strony musimy uwzględnić to, że klient też ma swoje potrzeby i trzeba znaleźć kompromis pomiędzy jednym a drugim…

Czy w Europie trzeba się twoim zdaniem przenieść do Brukseli, żeby mieć pracę?

Jeśli się ma kombinację czysto unijną, to chyba tak. Są kombinacje językowe, które mogą być atrakcyjne dla Unii, ale atrakcyjne też dla innych rynków, jak na przykład moja. A mogą być kombinacje, które są nieciekawe dla Unii, na przykład w Paryżu jest wielu tłumaczy, którzy mają angielski, francuski i kropka, nic więcej. Pracują w obie strony i żyją z tego. Czasami też robią tłumaczenia pisemne, ale nie zawsze. I wtedy oczywiście nie muszą się przenosić do Brukseli. Ale jeśli to jest kombinacja czysto unijna, na przykład kabina polska z czterema czy pięcioma językami C, no to przeniesienie się do Brukseli jest chyba nieodzowne…

Co cię najbardziej w tym zawodzie fascynuje?

Ten zawód często zapewnia dużą dozę satysfakcji profesjonalnej, kiedy dzięki nam jakieś osoby się lepiej rozumieją niż bez nas. Tak się zresztą zdarza nie tylko dlatego, że jesteśmy językowymi pomostami – czasami rola pomostu kulturowego jest jeszcze ważniejsza. Podoba mi się również to, że prawie codziennie uczymy się czegoś nowego, często z dziedziny poprzednio kompletnie nam nieznanej. Ale dla językowo-kulturowego kundla najbardziej chyba przyciąga to, że jesteśmy podglądaczami. Wiele lat temu byłem w takim ogrodzie zoologicznym, w Thoiry pod Paryżem, gdzie zwierzęta biegają luzem, a ludzie przejeżdżają przez ogrodzony teren, nie wysiadając z samochodu. Delegaci też biegają luzem, mówiąc co im się żywnie podoba, a my ich z naszych oszklonych kabin podglądamy.

Tak na zakończenie: znasz ten cytata z Eddiego Izzarda? „Two languages in one brain? No one can live at that speed!” Wiadomo, że wszyscy tłumacze muszą żyć „at that speed”. Jak te języki u ciebie współistnieją?

Bardzo dobrze! Nawet intymnie. Tańczą sobie po tych moich szarych komórkach, czasami we dwójkę, czasami we trójkę… Kiedy się wprowadziłem do obecnego paryskiego mieszkania na „rue du Pot de Fer”, angielskojęzyczne komórki z zachwytem zaśpiewały „Iron Pot Street”, a te polskie entuzjastycznie zabrzmiały „ulica Żelaznego Garnuszka”. Spuścizna po ojcu, który w Stanach Zjednoczonych co tydzień kupował i czytał „Niedzielne Czasy Nowojorskie”. Albo jeszcze jeden przykład, tak na zakończenie. Ostatnio z żoną, „prawdziwą” Polką, urodzoną i wychowaną w tej Matczyźnie, którą opuściłem osiem lat przed urodzeniem, spędziliśmy kilka dni w Londynie. Strasznie nas ubawiło to, że każdy pub ma psa. Przecież zawsze przy wejściu piszą – i to dużymi literami – PIES.

 

Fotografie pochodzą z archiwum rodzinnego Jana

Autor(ka) Wszystkie posty

Monika Kokoszycka

Monika Kokoszycka

Tłumaczka konferencyjna, członkini AIIC, z akredytacją UE (PL>EN, EN>PL, DE>PL). Absolwentka Instytutu Lingwistyki Stosowanej UW i podyplomowych studiów European Masters in Conference Interpreting (EMCI). W przeszłości wykładowca na londyńskim University of Westminster (EMCI) i ILS UW (w tym EMCI). Obecnie przedstawicielka na Wielką Brytanię i Irlandię sieci AIIC VEGA, która pomaga młodym tłumaczom stawiać pierwsze kroki w zawodzie. Prowadzi stronę „Tłumacze z polskiego" oraz anglojęzyczny blog „InterpreterSoapbox".

komentarze 4Skomentuj

  • Tak, szalenie ciekawy wywiad, taki ktory sie czyta z zapartum tchem. Czytajac go, mialam wrazenie, ze przebywam z Janem w jednym pokoju. Jestem w tej szczesliwh sytuacji, ze znam Jana osobiscie i ludzi ktorych wspomina, (glownie tych z rodzinnych koligacji) tez mialam okazje poznac. Dla mnie piekna lektura i lekcja historii. Dziekuje serdecznie.

  • Niezwykle ciekawa fascynująca lektura. Jestem dumny, że mam Kuzyna takiego bardzo ponadprzeciętnego poliglotę. Znam fragmenty historii rodziny Krótkich, z opowiadań rodzinnych . Twój bardzo ładny czysty Polski zawdzięczasz na pewno Rodzinie Patkowskich. Wszystkich, których poznałem mówili piękną polszczyzną – Twoja Mama , Babcia Patkowska i Ciocia Marysia. Miałeś od kogo się uczyć. Zresztą Wujek Karol taż mówił bardzo ładnie po polsku, a przecież miał doskonały niemiecki, angielski, arabski w mowie i piśmie ( nie wiem tylko czy na poziomie C czy D) , oraz nie znam dokładnie jak Wujek posługiwał się włoskim, ale z Jego relacji wiem, że miał okazję uczyć się włoskiego podczas II- giej Światowej. A co z Wujka francuskim , przecież w pewnym okresie Pracował na Sorbonie w Paryżu , podejrzewam że z Francuzami nie rozmawiał po angielsku.
    No cóż rozpisałem się . Janie gratuluję jeszcze raz niezwykle ciekawej opowieści

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.