Ludzie pająki

OPOWIADANIE

Ludzie pająki.

Tkają swoją sieć z misternych słów, dobranych specjalnie do rodzaju muchy. Są uczynni, serdeczni, pomogą w trudnej sytuacji, utulą gdy trzeba. Czekają cierpliwie aż suma przysług osiągnie optymalny poziom wdzięczności i…  wystawiają rachunek.

Właśnie dlatego tu siedziała. W samolocie, który miał ją przetransportować niemal na drugą stronę kuli ziemskiej. Amanda Kutchinsky miała świadomość, że tak właśnie działają manipulatorzy, ale nie przeszkadzało jej to. Lubiła ludzi, tak po prostu. Nie wyobrażała sobie życia w odosobnieniu, potrzebowała rozmów, śmiechu, dotyku. Nie chowała uraz, nie zwracała uwagi na niepunktualność,  szybko zapominała o intrygach, czy podłości. Choć ciągle na walizkach, miała liczne grono znajomych na całym świecie. Szybko nawiązywała dobry kontakt z obcymi ludźmi, co w jej zawodzie było prawdziwym dobrodziejstwem. Pomimo swoich 55 lat, sugerujących olbrzymie doświadczenie, była ufna, otwarta i szczera jak mała dziewczynka.

Mała dziewczynka z zasadami.

Nie przyszło jej do głowy, by odmówić, zwłaszcza że Barbara wprowadziła ją do ekskluzywnego klubu, tylko dla wtajemniczonych. Poznała tam kilku naprawdę fantastycznych mężczyzn, młodszych od niej, a przecież każdy z nich był zachwycony, że to z nim chciała wyjść na kolację połączoną ze śniadaniem.

Rodzina? Bliscy przyjaciele? Po co? Jej najlepszym przyjacielem okazały się filmy kryminalne oglądane w jak największym gronie kolegów i koleżanek. Stały związek zbytnio uwierał. Ograniczał.

Od wspomnień oderwała ją drobna, może czteroletnia dziewczynka. Przechodziła pomiędzy siedzeniami samolotu i z ciekawością zaglądała w twarze pasażerów. Amanda uśmiechnęła się do niej. Dziewczynka przekręciła głowę na bok, jakby zastanawiała się, co powiedzieć, w końcu jednak poszła dalej. ”Śliczna mała – pomyślała Amanda. – Też kiedyś taka byłam, z podobnym kucykiem, wyglądającym jak jasna kita na hełmie wojownika”.

Oczy miały podobne, ciemnoniebieskie, prawie wpadające w granat. Tyle że Amanda używała soczewek podkreślających lub zmieniających kolor, bo jej własne tęczówki z czasem zblakły. I jaką to dziecko miało cerę! ”Ach, w moim wieku można zaledwie pomarzyć o gładkości i jędrności ciała”.

Amanda wyjęła z kosmetyczki bezbarwną maseczkę, nie krepując się współpasażerami, nałożyła ją na twarz, roztarła bolące od kilku tygodni nadgarstki i opuściła fotel. Za kilka godzin musi obudzić się zrelaksowana i gotowa do pracy, od razu bowiem z lotniska zostanie dostarczona do hotelu, gdzie w specjalnie wynajętym pawilonie odbywa się międzynarodowy zjazd przedstawicieli koncernów farmaceutycznych. Nie wszyscy potrafili posługiwać się językiem angielskim, dlatego ściągnięto kilkunastu tłumaczy. Amanda miała tłumaczyć z angielskiego na hebrajski. W kontrakcie zastrzeżono jednak, że być może także z arabskiego i polskiego. Nie było problemu. W każdym z tych języków czuła najmniejsze niuanse, co sprawiało, że była cennym nabytkiem każdego międzynarodowego zjazdu. Sama dziwiła się, jak to jest możliwe, że jej mózg nie ogarnia dodawania czy mnożenia powyżej dziesięciu, a jest w stanie jednocześnie mówić, zapisywać w swojej pamięci, to co ktoś powiedział, wracać do tego, przetłumaczyć i znowu mówić. W młodości czuła się niczym unikalny robot. Dopóki nie dowiedziała się o całej rzeszy tłumaczy konferencyjnych, dla których tego rodzaju działanie było normą. Żeby wyróżnić się z tłumu zdecydowała się na niezwykłe połączenie języków. To był strzał w dziesiątkę.

Nie dano jej jednak zasnąć. Dziewczynka wróciła. Z miną mówiącą: to ciebie wybrałam.

– Jak masz na imię?

– Amanda, a ty?

– Pat, Patrycja, ale wszyscy mówią na mnie Pat.

– Przepiękne imię. Wiesz, że dawniej oznaczało szlachetnie urodzoną?

– Co to znaczy szlachetnie urodzoną?

– To znaczy, że pochodzi z rodziny szlacheckiej… takiej… hm… lepszej niż inne rodziny.

– No, moja rodzina jest najlepsza! Tata ma najnowszy model lexusa, a mama nie musi sama sprzątać…

– Pat! Nie przeszkadzaj pani. Przepraszamy bardzo! – Niska blondynka chwyciła zdecydowanie rękę dziecka i próbowała pociągnąć w kierunku swojego fotela.

– Ależ nie ma problemu – zaczęła mówić Amanda i w tym momencie poczuła potężny wstrząs. Patrycja wylądowała u niej na kolanach. Lata opieki nad zwierzątkami sprowadzanymi do domu sprawiły, że Amanda odruchowo przytuliła dziewczynkę, usiłując ochronić przed czymś, czego jeszcze nikt sobie nie uświadamiał. Drobne rączki zacisnęły się na jej szyi, nóżki oplotły  mocno tułów. Amanda poczuła, że za chwilę umrze z braku oddechu. Samolotem zakołysało i rozszedł się swąd palonej gumy, mięsa i paliwa. Swąd śmierci. Ale tego już ani ona, ani dziewczynka nie poczuły.

Odzyskała przytomność dopiero w szpitalu. Zanim otworzyła oczy, starała się wsłuchać w swój oddech, uporządkować myśli, poczuć własne ciało. Wyglądało na to, że żyje.

– Wybudziła się – czyjś głos dochodził jak przez szybę, lekko wytłumiony.

Podobnie wytłumione były jej wspomnienia z pobytu w szpitalu i zeznania  przed tyloma ludźmi, że w końcu przestała ich odróżniać. Cały czas powtarzała jedną i tę samą historię, która jej zdaniem nie wnosiła nic nowego, ani nie tłumaczyła przyczyn katastrofy. Co gorsza, najprawdopodobniej będzie musiała ją powtórzyć jeszcze niejeden raz. Tylko ona przeżyła. Nikt więcej. Lekko poparzona, z niewielkimi ranami, które goiły się w zdumiewającym tempie.

Cud.

Prawdziwe szczęście.

Amanda wbrew naleganiom lekarzy uparła się wrócić do domu. Poprosiła o przesłanie wyników badań na swój adres, przyrzekła, że zgłosi się do szpitala w swoim rodzinnym mieście i czym prędzej uciekła. Dom! Zaszyć się w nim, w swoim własnym szlafroku, w ciepłych skarpetach, z Baśką, która o mało zawałem nie przypłaciła tej tragedii. Musi komuś opowiedzieć, co czuła. Nie suche fakty. Emocje.

Na lotnisku, w toalecie, zanim wsiadła do samolotu, spojrzała w olbrzymie lustro. Mój Boże, traciła wzrok! Zamrugała kilkakrotnie powiekami. Niestety, nadal widziała nieostro. ”A więc jednak nie wyszłam z tego bez szwanku” – westchnęła ciężko. Wysłała SMSa do Barbary z prośbą o umówienie wizyty u okulisty. Później przyszło jej do głowy, że to pewnie wina zamontowanych luster. Miały być duże, a poza tym wygładzać, wyszczuplać, sprawiać, żeby turysta czuł się komfortowo. A niech to… Przynajmniej nie musiała stawać na palcach, by się w takim lustrze zobaczyć, przy swoim 1,50 na szpilkach czuła się na ogół jak dziecko.

Podniosła torbę, kupioną naprędce w pobliskim sklepiku przez jedną z pielęgniarek. Zmieściły się w niej najpotrzebniejsze po wylądowaniu rzeczy: płaszcz dwustronny, apaszka, rajstopy. Od dziewczyny, która z nią leżała w sali dostała pilniczek i lakier. Paznokcie były bowiem paskudnie połamane. Widocznie musiała z czymś rozpaczliwie walczyć, a może przytrzymywała się kogoś jak spadali. Z katastrofy ocalały wyłącznie szkła kontaktowe, portfel i telefon, bo miała je schowane w kieszeni żakietu. Całą resztę musiała dokupić. Buty trochę za duże, średniej jakości bluzkę i nieforemnie uszyte spodnie. Nie szkodzi. Nie musiała wyglądać, musiała czym prędzej wydostać się stąd i wrócić w swoje własne tory. Jakiś mężczyzna z obsługi lotniska potracił ją, kiedy otwierała drzwi. Przeprosił elegancko i z galanterią ucałował jej dłoń. W oczach pojawił mu się błysk, którego Amanda dawno nie widziała. Tak patrzyli na nią mężczyźni, ale całe wieki temu. ”Jaki to cudowny kraj! Może przeprowadzić się tu na stałe? Ciepło, inne kanony urody, szacunek dla ludzi starszych” – pomyślała przelotnie.

Podróż powrotną w większości przespała. Pigułki uspokajające w połączeniu z alkoholem zrobiły swoje. Za to, gdy się obudziła na dobre, poczuła taki przypływ energii, że mogłaby przenosić góry. ”Nieśmiertelna! Jestem nieśmiertelna, jestem Bogiem!” – zaczęła się śmiać sama z siebie i ze swoich myśli. Poflirtowała ze sprzedawcą w hali przylotów, wypiła kawę, kupiła paczkę gumy odświeżającej oddech i poprosiła taksówkarza o podwiezienie na bazar, a potem do centrum handlowego. Alkohol w domu miała, należało dokupić coś słodkiego, owoce, rybę i może trochę warzyw na sałatkę.

Przed wejściem na bazar spostrzegła dwie zawzięcie gestykulujące osoby, jedna próbowała mówić drukowanymi literami, podnosząc głos, druga na migi, przy akompaniamencie okrzyków typu ”ni cholery nie kumam” dawała znać, że nic nie rozumie. Każda z osób mówiła w innym języku. Amanda zapytała w czym problem i zaczęła tłumaczyć. Po chwili zorientowała się, że z tyłu, za nią, rozlegają się jakieś szepty. Właściwie, gdyby mówili normalnym głosem nie zwróciłaby uwagi, nawet na to, że mówili po walijsku. No, może z opóźnieniem by to wychwyciła, walijski to przecież niespotykany w tej części świata język, ale ten szept był jakiś taki… niesprecyzowanie groźny. Amanda kątem oka wychwyciła ruch, czyjeś ręce próbowały ją uchwycić za ramiona. Zdążyła się uchylić i instynktownie czując niebezpieczeństwo, pomknęła przed siebie roztrącając torbą ludzi. Bazar znała bardzo dobrze, spędziła na nim pół dzieciństwa. Przeskoczyła do drugiego rzędu budek, wpadła do Upominków Ani i krzycząc ”potem wyjaśnię” wybiegła tylnymi drzwiami wprost do wyjścia metra. Wciąż słyszała za sobą tupot nóg. Bała się tracić czas na odwracanie się, bała się zatrzymać. Udało jej się wskoczyć do metra i przez szybę, przez krótki moment mogła się przyjrzeć prześladowcom. Dwóch dryblasów górujących nad tłumem. Szare, rozpięte garnitury, niebieskie koszule, krótko obcięte włosy. Nijaki wygląd, ale pod pachą u jednego z nich zauważyła kaburę. Czyżby delegaci komisji do spraw katastrofy? Ale dlaczego rozmawiali po walijsku? To jeden z nielicznych języków, którego nie wpisała do CV, ponieważ umiała się nim porozumiewać wyrywkowo, sporo rozumiała, trochę mówiła, ale na poziomie mało ją satysfakcjonującym.

A szepty brzmiały:

– Ona?

– Na pewno.

– Teraz?

– Lepiej teraz niż w domu. Nie wiadomo, czy konkurencja na nią nie czeka.

Co się u diabła działo?

Amanda ani przez chwilę nie sądziła, że udało jej się uciec. Najbliższa stacja oddalona była raptem o trzy minuty. Należało wysiąść, wbiec na górę i liczyć na to, że na komisariacie będzie ktoś więcej niż dyżurny. Ktoś, kto zobaczy w niej normalną kobietę, a nie wariatkę z paranoją prześladowczą, ktoś, kto jej uwierzy.

Zobaczyli się jednocześnie, mężczyźni schodzili na dół, odcinając drogę do policji, Amanda zatem pobiegła w kierunku wyjścia awaryjnego. Przedostała się na teren starej rudery, weszła ostrożnie do budynku, gdzie jeszcze jako nastolatka bawiła się w wojnę razem z okolicznymi łobuziakami, złapała kawałek cegły i czekała. Rudera kiedyś była przepiękną willą, z ogrodem dającym nieprzebrane możliwości chowania się i wymyślania najbardziej fantastycznych gier, zabaw, podchodów. Od lat nieużywana, stanowiła jądro niezgody pomiędzy władzami miasta a spadkobiercami. Wymarzony teren na biurowiec z jednej strony, pamiątka rodzinna z drugiej. Nic nie zapowiadało końca konfliktu.

Rozległy się ostrożne kroki. Amanda rzuciła cegłą najdalej jak mogła i przykucnęła. Stary trick, którym zawsze odwracała uwagę kolegów.

Rozległy się dwa ciche, niemal jednoczesne wystrzały. Coś upadło. Amanda słyszała własny oddech i czuła jak pulsują żyłki w jej skroniach. Cisza. Policzyła do dziesięciu. Potem raz jeszcze. Nadal nic się nie poruszyło… Ostrożnie podniosła się i wyjrzała zza węgła. Jeden z napastników leżał bezwładnie na gruzie, w jego oku widniała duża krwawa dziura. Podniosła broń leżącą przy jego ręku i poszła dalej. Drugi mężczyzna jeszcze żył, Amanda odkopnęła jego pistolet i przyklękła. Czyżby nadeszli z dwóch stron i zabili się nawzajem?

– Kim jesteście? – zapytała po walijsku. Potem powtórzyła pytanie w kilku językach.

– Sprowadź karetkę – odezwał się mężczyzna po angielsku.

– Dopóki nie dowiem się o co chodzi, nie pomogę ci – Amanda usłyszała zdecydowany, zimny głos. Ku swojemu zdziwieniu stwierdziła, że to jej słowa. Klęczała przy obcym mężczyźnie, ale widziała wszystko jakby z boku, niczym film. – Kim jesteście i dlaczego mnie ścigaliście?

– Głupia kobieto, już jesteś trupem – mężczyzna zarzęził w parodii śmiechu – sprowadź karetkę.

– Nie! Poczekam, aż umrzesz i dopiero zadzwonię na policję. Chyba że dowiem się, o co chodzi… – zawiesiła głos.

– Zanim dowiesz się, o co chodzi, zapakują cię w kaftan, uziemią jak kurczaka i będą cię sprzedawać po kawałku najbogatszym.

– Mnie? Do burdelu? Zwariowałeś chyba, jest zapotrzebowanie na starsze kobiety? – Amanda wydęła usta z niesmakiem.

– Do burdelu… Gdyby to było takie proste. Naprawdę nie zauważyłaś zmian w swoim wyglądzie? Jesteś młodą kobietą. Badania wyglądają jak u zdrowej siedemnastolatki. Zregenerowały ci się wszystkie tkanki. A co najważniejsze, twoja krew – zakaszlał – twoja krew ma właściwości lecznicze. Zadzwoń po pogotowie… Proszę!

– Nie wierzę, nie strzelalibyście, gdybym była tak cenna.

– Celowałem wyżej…

– To niemożliwe! Nieprawda! –  Amanda wstała i zatykając uszy, usiłowała odejść. –  To się nie dzieje naprawdę! – Przypomniała sobie zachwycone spojrzenia współpasażerów. Zwracali się do niej ”panno” a nie ”pani”. Poza tym z godziny na godzinę czuła się coraz bardziej pełna energii. Żadnego bólu, kłopotów gastrycznych, problemów ze schylaniem.

– Masz w sobie DNA jednej z dziewczynek podróżujących tym samolotem. Nie wiem jak to możliwe, w jaki sposób się połączyły, ale to przełom, rozumiesz? Każda twoja komórka warta jest miliony, kropla krwi miliardy. Prędzej czy później ktoś cię upoluje. Jeśli mnie tu zostawisz, sumienie nie pozwoli ci żyć  – mężczyzna walczył desperacko o uwagę. – Możesz sama spróbować, natnij opuszek palca, krew przywróci mi zdrowie, a tobie da pewność…. – kusił.

– Kłamiesz! W szpitalu nie robią badań DNA…

– Pielęgniarka stłukła jedną z probówek w trakcie badań, skaleczyła się, a rana zniknęła w ciągu godziny. Mieliśmy szczęście, że nasi ludzi byli akurat na tej konferencji. I że ta pielęgniarka pracowała także dla nas.

Szczęście. Amanda popatrzyła na umierającego i mimochodem zastanowiła się nad definicją tego słowa. Usiadła pod ścianą. Wodziła palcami po swojej twarzy. Patrzyła na delikatne ręce, dotykała biustu. Po kilkunastu minutach głos mężczyzny ucichł, po godzinie ona sama mogła wstać, walcząc z odrętwieniem. Wiedziała jedno, musi zniknąć. Ale jak?

Na początek przewróciła płaszcz na drugą stronę, lakierem do paznokci pomalowała fragmenty butów, apaszkę, do tej pory ledwie wystającą spod płaszcza, zawiązała na głowie. Jeszcze szkła kontaktowe zmieniające kolor, wepchnięcie gumy do żucia w policzki, żeby wydawały się bardziej okrągłe, wyrzucenie telefonu i schowanie torby. Tak, można iść.

Nie.

Broń się przyda, pęk wytrychów, latarka, klucze, sznurek. Amanda zabrała wszystko, co mieli w kieszeniach. Ku jej zadowoleniu, oprócz kart, w portfelach znajdowało się trochę gotówki. Trzeba kupić walizkę na pieniądze. Inaczej namierzą ją poprzez banki. Załatwić sobie nową tożsamość. Obciąć włosy, przefarbować je, kupić ubrania, załatwić nocleg. I przede wszystkim zrezygnować ze wszystkiego, po czym mogłaby zostać rozpoznana. Żadnych filmów kryminalnych, żadnych wypadów do kawiarni z ludźmi, których na pewno w swoim życiu pozna. Garderoba musi być sportowa, broń Boże elegancka. Ryby rzadko, owoce tylko takie, których do tej pory nie jadła. Najgorszy problem będzie miała z pracą. Na dobrą sprawę umiała tylko tłumaczyć.

Wyglądało na to, że istotnie jest już trupem.

Kilka godzin później siedziała w pociągu jadącym w kierunku najbardziej wyludnionych terenów w kraju. Takich,  jakich całe życie nienawidziła. Miarowy stukot usypiał podróżnych, ale Amanda wiedziała, że nie może sobie pozwolić na sen. Utrata czujności mogła równać się utracie życia.

Ludzie pająki. Tkali swoją sieć, robiąc coraz gęstszy splot. Miała coś, co było pożądane przez wszystkich bardziej niż pieniądze. To oznaczało nagonkę przy użyciu wszystkich możliwych środków.

Witajcie w grze pozbawionej reguł. Wszystkie chwyty dozwolone.

Patrzyła na siedzącą naprzeciwko niej kobietę z zasmarkanym dzieckiem na ręku, na młodego chłopaka podróżującego na inwalidzkim wózku i zastanawiała się.

Czy ona, będąc nieuleczalnie chora, nie wyciągnęłaby ręki po lekarstwo? Jakiekolwiek lekarstwo?

 

Inne utwory autorstwa Jana Siwmira

Fotografie Jana Siwmira

 

Opowiadanie powstało specjalnie dla strony ‚Tłumacze z polskiego” 

 

Fot. Andrzej Car, andcar@op.pl

 

Autor(ka) Wszystkie posty

Jan Siwmir

Jan Siwmir

Pisarz, dziennikarz, fotograf, członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Nauczyciel z powołania, kryminalista z zamiłowania, poeta z wściekłości na rzeczywistość. Uwielbia bawić się językiem, zarówno polskim, jak i angielskim, obydwa bowiem dają pod tym względem duże pole do popisu. W dodatku permanentnie siedzi w krzakach. Co tam robi można obejrzeć na stronie na fb pt. "Witajcie w mojej bajce - Jan Siwmir". W deszczowe dni zabija. Nie wierzycie? Wpiszcie w wyszukiwarkę "Żabeł Trojański".

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.