Komu last minute, komu?

Dzwoni do mnie dziś jakaś spanikowana tłumaczka z Niemiec. Trudno ją zrozumieć, bo oddechu nie może złapać. Nawet nie wiem, kto mnie polecił, bo się prawie zakrztusiła, próbując wymówić nazwisko – zgaduję – jeszcze trudniejsze od mojego.

Pani na gwałt potrzebuje kogoś na dwa dni w przyszłym tygodniu w Barcelonie, wylot w przeddzień zlecenia. Musiałabym się trochę pogimnastykować logistycznie, ale wygląda na to, że dałabym radę. Ale jaki temat, jaki tryb, jakie godziny pracy? Dostaję garsteczkę informacji, wypowiedzianą w tempie karabinu maszynowego. I pytanie: czy się przygotuję. Nie rozumiem. No oczywiście, że się przygotuję, jeśli wezmę. Ale tam są cztery prezentacje, proszę pani. NA CZWARTEK. Trochę zgłupiałam. Czy mam to przetłumaczyć, czy to jest do przestudiowania? Może źle zrozumiałam, pani sapie jak lokomotywa. Gdyby to była jakaś hardkorowa medycyna albo koszmarne maszyny czy coś, to nie dałabym rady, bo nie mam kilku dni na przygotowanie. Ale to jest dość zwyczajne. Nie, nie tłumaczenie, przeczytanie. Kilkudziesięciu stron. Ekhm. Pani zachwycona, że się obiecałam przygotować. Jest miło, choć dziwnie. Pani oddycha już jakby swobodniej.

Podaję swoją stawkę, ale dodaję, że przypuszczam, że jakieś są już ustalone dla zespołu, więc poproszę o tę samą, jeśli są porównywalne. Pani na to, nieco poirytowana, że oczywiście, że sama jest w kabinie niemieckiej, ale ona musi już lecieć. Dopisuje moje nazwisko i mam kupować bilet. Zaraz, zaraz. To ile tego honorarium by było? Pani podaje kwotę, która mi się podoba; jest wręcz odrobinę wyższa od tej mojej. Komentuję, wielce zadowolona, że fajnie, że stawka dzienna niemiecka, nie hiszpańska, i że oczywiście zgadzam się na tę zespołową. To poproszę o email ze szczegółami i namiarami itp. itd. Approche 50%, tak?

I słyszę zaskoczony głos, prostujący, że to za OBA DNI. I że po co email, przecież wszystko ustalone. Wynagrodzenie za dzień podróży… „excuse me?!” Poza tym ten drugi dzień pracy jest krótszy, więc nie rozumie moich pytań. (Po tonie głosu wnoszę, że „głupich” miała na końcu języka.) I się spieszy, i żebym się szybko decydowała, bo obdzwania wszystkich świętych. I bez sensu marnuje ze mną czas. (Znów zaczyna jej brakować oddechu.)

A tak w ogóle to szuka kogoś, bo jej tłumaczowi Ryanair lot odwołał, więc nie może, biedaczyna, dolecieć.

 

Fot. Ashim D’Silva

                     

Autor(ka) Wszystkie posty

Monika Kokoszycka

Monika Kokoszycka

Tłumaczka konferencyjna, członkini AIIC, z akredytacją UE (PL>EN, EN>PL, DE>PL). Absolwentka Instytutu Lingwistyki Stosowanej UW i podyplomowych studiów European Masters in Conference Interpreting (EMCI). Przedstawicielka na Wielką Brytanię i Irlandię sieci AIIC VEGA, która pomaga młodym tłumaczom stawiać pierwsze kroki w zawodzie. W przeszłości wykładowca na londyńskim University of Westminster (EMCI) i ILS UW. Prowadzi stronę „Tłumacze z polskiego" oraz anglojęzyczny blog „InterpreterSoapbox".

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.