Na jałowym nie potrafię

Pisarz i tłumacz Michał Gołkowski opowiada o swoich językach i o pisaniu książek w przerwach w pracy kabinie

Pracuję w kombinacji EN>PL, PL>EN, RU>PL, PL>RU, EN>RU. Potrafię jeszcze tłumaczyć z ukraińskiego, ale tylko w telewizji. Tłumaczę też pisemnie, ale coraz mniej tekstów typu instrukcje, foldery i temu podobne nudy – chyba że są częścią usługi dla stałego klienta ustnego. Przerzucam się niemalże w pełni na tłumaczenie książek, bo to jest dopiero radość!

Angielskiego się uczę od ćwierć wieku, a tak naprawdę nauczyłem i złapałem akcent oglądając dopiero po trzy razy dziennie przez dwa tygodnie „Monty Python’s Quest for the Holy Grail”, jak miałem ospę na studiach. Rosyjski został mi przemocą wszczepiony, jak adamandytowy szkielet, podczas pobytu na Białorusi w 1992-94 roku. Rodzina dyplomatyczna, te sprawy… Chodziłem do normalnej szkoły. Pierwsza lekcja obcojęzyczna w życiu: biologia. Trauma do końca życia. Rosyjskiego się uczyłem na ulicy, więc do dziś nie potrafią mnie rozpoznać jako non-native’a. Przez brodę stawiają na republiki kaukaskie. Ukraiński przyszedł sam, kiedy zaczął się kryzys krymski – siedziałem w TV i po prostu pewnego pięknego dnia w połowie przemówienia Putina przełączyli na Jaceniuka. No co miałem zrobić, położyć wydanie na żywo? Zacząłem tłumaczyć.

Pisać zacząłem tak naprawdę z nudów. To znaczy: nie tylko z nudów. Jestem czwartym pokoleniem rodziny humanistów i polonistów, więc wychowałem się pośród książek. Siła rzeczy, wyrastając w ich otoczeniu, czułem z nimi silną więź. Przełomem było, gdy odkryłem, że książki nie biorą się z półki ani nawet z księgarni, a piszą je ludzie…

Michał Gołkowski_dziecko (1)Od małego coś było nie tak. To znaczy, wszystko było w porządku, tylko ja zawsze trochę nieobecny. Swego czasu podejrzewano nawet braki rozwojowe, kiedy w pierwszej klasie nie ogarniałem co się dzieje na lekcjach. Tydzień po wizycie w poradni edukacyjnej byłem już w drugiej klasie. Okazało się, że ciężko się nauczyć cyferek i literek, jeśli umie się czytać od czwartego roku życia. Ta poradnia to jest beka mojego życia. Nie byłem w stanie ogarnąć – WTF??? Pięć króliczków i trzy marchewki daje nam dwa króliczki. No k8rwa… 5-3=2, okej, spoko.

Zacząłem pisać w wieku jakichś 12 lat, w trakcie dobrowolnego zesłania na Białoruś. Na siłę, nieudolnie, sztucznie próbując szukać natchnienia… Gdybym urodził się równo z Mickiewiczem, to pewnie coś by z tego wyszło, ale to już nie były te czasy i metody bieda-romantyków dawno wyszły z mody. Kolejne podejście zrobiłem jak miałem jakieś 16 lat – i z tego mi jeszcze został stary zeszyt w twardych okładkach. Kolejne gdy miałem 18… Na poważnie zaczęło się pięć lat temu, już w trakcie pracy tłumacza. Po prostu po jednej z konferencji, gdzie akurat pracowałem z Siergiejem Loznicą podczas premiery jego filmu, pomyślałem sobie: „Łał, świetny ten film, rewelacyjna historia! Ja też chcę taką opowiedzieć!”

Piszę w półgodzinnych przewach w kabinie. Nudziłem się na tych pólgodzinnych przerwach pomiędzy zmianami. Zawsze potwornie się nudziłem i nie miałem co robić. Człowiek rozkręcony, mózg na 101% wydajności i nagle… bach! Z szóstego biegu wyrzucamy na luz. Tłumacz jest bardzo precyzyjnym narzędziem, rodzajem maszyny. Z maszynami tak nie wolno robić, bo się zacierają łożyska – jeśli ma się np. szlifierkę kątową, to można nią ciąć metal 8 godzin dziennie. Zostawić ją włączoną na pół godziny bez obciążenia i pozamiatane, silnik się pali. Więc zacząłem szukać czegoś, żeby dociążyć mózg. Zacząłem pisać.

Staram się stukać po cichutku. Jeśli wiem, że komuś to przeszkadza, to biorę laptopa na kolana, albo siadam za kabiną. Jednak komfort pracy przede wszystkim… Dużo zależy też od wytłumienia kabiny – są takie, gdzie nie da się poluźnić krawata, bo wszystko słychać i ludzie się oglądają.

Nigdy się nie wyłączam – cały czas siedzę w słuchawkach, czasami zdarzy mi się samoistnie coś wyłapać i aktywować, zanim konkabent/ka popatrzy się na mnie z przerażeniem w oczach. Jednak praca na pierwszym miejscu. Ale umówmy się: wszyscy to wiemy, że bywają takie konferencje… ech… można je zrobić nawet bez włączania mózgu.

W zawodzie tłumacza ustnego dużo się dzieje. Poznaje się masę ludzi, codziennie jest inny temat, inne tempo. To jednak diabelnie mocno pobudza neurony, daje jakąś taką… niespokojną dynamikę. Ćwiczy wyobraźnię może? Nie wiem. W pewnej chwili doszedłem do wniosku, że to spory potencjał, który szkoda będzie zmarnować.

Piszę dla przyjemności i tzw. chwały własnej, nie dla zysku. Daje to dużo luzu, bo nie trzeba się spinać i łasić na komerchę. Gdybym musiał z tego żyć – pewnie by się dało, o ile pierwszy rok-dwa można przetrwać na chińskich zupkach i wodzie z kranu.

Tłumaczenia zdecydowanie są moim zawodem, stąd biorą się środki do życia. Książki to tzw. piórko w kapeluszu. Nie chciałbym nigdy rezygnować ani z jednego, ani drugiego – obydwa dają mi dużo radości na swój sposób.

Co się tyczy mojego najnowszego dziecka, czyli „Komornika” – powiem krótko: wyobraźcie sobie, że na świat przychodzi Apokalipsa, ale taka prawdziwa, biblijna. I okazuje się, że bezduszne przepisy Starego Testamentu są… no, bezduszne. Jak instrukcja obsługi pralki. Albo protokół walnego zgromadzenia akcjonariuszy. Że z założenia wielka gala zamienia się w biurwokratyczną tragifarsę. Każdy, komu zdarzyło się pomstować na urzędnicze korpo, srodze się ubawi. Przed śmiercią.

Michał Gołkowski_Komornik okładka
Fot. z archiwum autora

         

Autor(ka) Wszystkie posty

Michał Gołkowski

Michał Gołkowski

Tłumacz konferencyjny i pisemny PL-EN-RU, historyk wojskowości, pisarz. Debiutował w 2013 roku powieścią "Ołowiany świt". Już niebawem ukaże się jego najnowsza książka “Komornik”.

komentarzy 6Skomentuj

  • kurde. też oglądałem tak często świętego graala, a nie umiem dobrze angielskiego..:/ co jest ze mną nie tak!:D

    • Gratuluję Pani Zasmuconej. Błąd rzeczą ludzką – naprawdę tak Panią dotknął, że zrezygnowała Pani z przeczytania całości? Zatem to wielka szkoda, że nie potrafi Pani nawet kropki na końcu zdania postawić, i nie tylko.
      Tzw. „grammar nazi” szanuję, ale pretensjonalnego czepialstwa nie zniosę.

    • Jak wiadomo, jeden nadmiarowy przecinek przekreśla wartość całego tekstu.

      🙂

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.