Fosa międzypokoleniowa

Siedzę na rozchwianym tapczaniku, gdzieś w południowej Walii. Mam czas. Na kaloryferach dosycha pranie. Otwieram książkę „Pierwsze, drugie, zapnij mi obuwie” i widzę obrazek bramy, gdzie piątka berbeci w wieku wczesnoszkolnym używa właśnie tej wyliczanki przy zabawie w chowanego. Myślałem, że to kryminał Agathy Christie, ona bowiem często sięgała do dziecięcych rymowanek. W następnej książce – wierszyki przedszkolne. Biorę do ręki tę niebieską, z chmurami i śniegiem. To kolędy. Te same, których uczę dzieci w polskich przedszkolach. Skąd w tym pokoju, który wynajmuję, są takie książki? Może pozostałość po dzieciach wyrosłych z dziecięcej lektury jak z za ciasnych butów?

Zostawiam pranie. Wychodzę do sklepu. Moją uwagę przykuwa regał z literaturą dla dzieci. No, proszę: wierszyk o czarnym baranie z płytą CD, „Hickory, dickory, dock” z podkładem karaoke, „Brother Peter” w wersji z pozytywką i do kąpieli. Humpty Dumpty majta wesoło nogami z wysokiego muru. Początkowo szeroko się uśmiecham – przecież właśnie te wierszyki i piosenki stanowią trzon mojego autorskiego programu nauczania niezwykłego przedmiotu „Rozwój zainteresowań kulturą anglojęzyczną”. Potem nachodzi mnie smutna refleksja. Anglicy, ci dopiero mają dobrze! Każdy kolejny rocznik od wieków poznaje te same zabawy, te same rymowanki, te same wyliczanki i piosenki. Są one tak silnie związane ze światem dzieciństwa, że nikomu nie przychodzi do głowy wymienić ich na rzekomo lepsze, bo bardziej współczesne. Nie są ani anachroniczne, ani nieaktualne. Wręcz przeciwnie, dla dziecka zawsze nowe i ciekawe. Dzięki temu już pierwsze dźwięki np. „This old man”, grane jednym palcem na pianinie przez porucznika Colombo, rozpoznawane są zarówno przez dziadka, jak i przez wnuczkę. A dowcip opowiadany w radiu, będący analogią do historii o myszy, która weszła na zegar, był zrozumiały dla wszystkich moich angielskich znajomych, bez względu na wiek.

Anglicy wiedzą, co to tradycja i ciągłość kulturowa nie tylko teoretycznie. Wiedzą, że czerpanie z bogatych wytworów przeszłych pokoleń to nie tylko opowieści o heroicznych bitwach, obowiązkowa lektura Szekspira czy wciąż takie same koncerty w filharmonii. Przecież wspólnotę doświadczeń buduje się z codziennych rytuałów, wspólnych przeżyć, tych samych skojarzeń, podobnych analogii, a przede wszystkim zabaw. W dodatku dobranych tak, aby były właściwe do wieku.

Wiek temu Johan Huizinga opiewał człowieka jako istotę ludyczną i jest w tej koncepcji ziarno geniuszu.

Kolejnym naukowcem, który otworzył nam oczy na zjawiska socjologiczne w społeczeństwie, był Victor W. Turner. Zespolił on dwie potrzeby, bardzo ważne w życiu człowieka, rytualizację oraz gry i zabawy i stworzył teorię, że z nich właśnie wywodzi się cała kultura.

Podpisuję się pod jego koncepcją obydwoma rękami, bo czy wyobrażacie sobie samych siebie na bezludnej wyspie, z dala od kontaktu z innymi ludźmi, bez możliwości uczestniczenia w działaniach, które tylko w obecności innych nabierają sensu, nabierają znaczenia nie tylko intelektualnego, ale przede wszystkim duchowego?

Pustynia, pustka, samotność.

Otóż to. Pamiętam, jak dziadek nauczył mnie prostej wyliczanki. Na podwórzu koledzy też ją umieli wypowiedzieć, a jaką chwilę szczęścia przeżyłem, kiedy w przedszkolu pani wybierając do zabawy, użyła dokładnie tych samych słów, które już znałem! Do tej pory czuję ten dreszcz przynależności do grupy, utożsamienia się z otaczającymi mnie ludźmi, ze światem. Dziecko takich przeżyć nie potrafi zwerbalizować, ale czuje je zawsze bardzo głęboko.

Tymczasem co dzieje się dziś w Polsce? Przedszkolaki uczą się hymnu oraz wybranych baśni i legend. Najlepiej co roku innych, bo te same nudzą się personelowi. I na tym koniec. A piosenki i wierszyki? Każdego roku inne. Jeżeli brat uczył się o tęczy, jego młodsza siostra z całą pewnością będzie uczyła się jakiegoś aktualnego przeboju disco polo. Zniknęły stare, dobre piosenki „Ojciec Wirgiliusz”, „Panie Janie”, „Budujemy mosty” czy „Pingwin”, albo gra w pomidora. Dobranocki i bajki w telewizji też są wciąż nowe i nowe. Próbuję np. nauczyć „Oh, my darling”, ale dzisiejsze dzieci nie wiedzą, kto to jest niebieski pies Huckleberry. O Bolku i Lolku nie wspominając. Nic dziwnego, że kiedy widzę rodziców czy dziadków trzymających za rękę swoją pociechę, to obserwuję, że nie bardzo są oni w stanie znaleźć ze sobą wspólny język. Kończy się na:

– Jadłeś?

– Tak.

– W porządku?

– Aha.

Koniec dialogu. Dziecko rośnie i przepaść rośnie, w szkole bowiem także panoszy się pomieszanie z poplątaniem. W danym roku obowiązują lektury prawicowe, w następnym – wręcz przeciwnie, a w kolejnym autorskie, jakiegoś speca od jedynie słusznych poglądów.

Tu nawet nie chodzi o to, że dzieci mogą mieć wypaczony światopogląd. Nie. Chodzi o to, iż wielka fosa rozdzielająca pokolenia rozrasta się do monstrualnych rozmiarów. Starsi z czasem czują się coraz bardziej wyalienowani, młodzi zarzucają im, że nic nie rozumieją, a sami już za chwilę staną przed problemem kompletnego braku porozumienia ze swoimi dziećmi. Nie mamy wspólnego języka, wspólnego kodu, wspólnie odgrywanych rytuałów, które budują więzi międzyludzkie, ani też nie uczestniczymy w podobnych, znanych od lat zabawach. Brakuje takich więzi, które powodują współodczuwanie, współodbieranie świata.

Oczywiście, można powiedzieć, że nie tylko niszczenie nici kulturowej ma wpływ na pokoleniowy rozdźwięk, lecz czy można w takim razie zlekceważyć to zjawisko? Absolutnie nie. W zawód nauczyciela wpisana jest rutyna powtórzeń, mozolne wtłaczanie podobnych wiadomości w małe główki, co rok przecież innych dzieci. Nie ma się co wyłgiwać od tego obowiązku. Że nudne? Trzeba było zostać krawcem.

Politykom zaś można, a nawet trzeba patrzeć na ręce, żeby nie gmerali w ustalonym kanonie lektur, nie popisywali się rzekomą wiedzą psychologiczną, mówiąc bzdury na temat szkodliwości niektórych pozycji, czy też twierdząc, że pewne rzeczy są zbyt trudne. Do tej pory nie były, a teraz są? Dzieci się nagle zaczęły rodzić tępe niczym zardzewiała żyletka?

W każdym programie czy to polskim, czy angielskim jest duży margines na wprowadzanie rzeczy nowych, eksperymentalnych, nawet efemerycznych z racji chwilowej tylko aktualności, lecz trzon, na którym chcemy oprzeć naszą kulturę, powinien być stały i opierać się wszelkim próbom manipulacji. Bo zanim zdążymy wychować pokolenia dumnych ze swej polskości Polaków, może okazać się, że nasze własne dzieci zbudują nam skansen, same zaś rozpierzchając się po świecie, gdzieś daleko, w poszukiwaniu podobnych do siebie połówek jabłka. A jeśli zostaną, nie będą potrafiły nawiązać prawidłowych relacji z rodziną i zamiast oparcia w sobie nawzajem będziemy mieć egoistycznych, bezdusznych samotników, którzy czasem wpadną do nas na obiad.

– W porządku?

– Aha.

 

Wcześniejsza wersja tekstu ukazała się w czasopiśmie polonijnym Gwiazda Polarna w 2008 r.

Autor(ka) Wszystkie posty

Jan Siwmir

Jan Siwmir

Pisarz, dziennikarz, fotograf, członek Stowarzyszenia Dziennikarzy Polskich. Nauczyciel z powołania, kryminalista z zamiłowania, poeta z wściekłości na rzeczywistość. Uwielbia bawić się językiem, zarówno polskim, jak i angielskim, obydwa bowiem dają pod tym względem duże pole do popisu. W dodatku permanentnie siedzi w krzakach. Co tam robi można obejrzeć na stronie na fb pt. "Witajcie w mojej bajce - Jan Siwmir". W deszczowe dni zabija. Nie wierzycie? Wpiszcie w wyszukiwarkę "Żabeł Trojański".

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.