Domicyl – ki diabeł?

Gdy spotykają się tłumacze na przeróżnych konferencjach, jednym z pierwszych pytań – zaraz po pytaniu o kabinę (czyli język ojczysty) – jest: „Where are you based?” Czasem koledzy upewniają się, że miejsce, które podajesz, to twój „oficjalny” domicyl (domicile, PD, professional domicile), czyli po prostu adres dla celów zawodowych (professional address).

Co to właściwie znaczy, ten domicyl?

To miejsce, które obiera sobie tłumacz konferencyjny jako swoją bazę, gdzie będzie traktowany przez kolegów i klientów jako tłumacz „miejscowy” (local), czy „lokalny”. Domicyl to miejsce, z którym związane jest nasze życie zawodowe albo z którego je prowadzimy – tzn. skąd podróżujemy, jeśli akurat nie pracujemy na miejscu.

Czy jest to miejsce, w którym tłumacz mieszka?

Często tak właśnie jest. Ale nie zawsze – i wcale tak być nie musi.

Znam kolegów spoza Londynu, którzy za domicyl obrali sobie akurat to miasto, choć mieszkają np. w Birmingham. Są tacy, którzy na stałe mieszkają w Warszawie czy Berlinie, ale jako swój domicyl wybrali Brukselę. Jeśli wybierzesz Paryż, a mieszkasz we Wrocławiu, na zleceniu w Atenach uznawany jesteś za paryżanina – a zatem zakłada się, że lecisz z Paryża – albo że zwrot kosztów podróży będzie wynosił tyle, ile kosztowałby bilet z Paryża. (Choć oczywiście wszystko zależy od indywidualnych negocjacji.)

Co przemawia za tym, by domicyl mieć tam, gdzie się mieszka? 

To najmniej skomplikowane rozwiązanie, pod względem rozliczania i planowania. Poza tym zarabia się niewątpliwie więcej za dzień pracy w porównaniu z tym, co zarobi tłumacz na tej samej konferencji, który jest tłumaczem miejscowym tylko na papierze. Jeśli jadę np. do Hagi, by pracować dla tamtejszego klienta, to tenże klient płaci za mój przejazd, za hotel i wypłaca jeszcze dietę za każdy dzień, a oprócz tego zwykle płaci dodatkowo za czas spędzony w podróży (jeśli trzeba jechać w dniu innym niż ten, w którym się pracuje), choć oczywiście wszystko zależy do warunków, jakie się uda wynegocjować. Ale już kolega z Polski, który ma swą zawodową siedzibę w Hadze, musi na tę konferencję przyjechać ze swojego miasta na własny koszt. Jako ”lokalny” nie otrzymuje też oczywiście żadnych diet (choć posiłki konferencyjne jak najbardziej). Nie może też domagać się, by organizatorzy zapewnili mu (lub opłacili) nocleg. Zatem koszty tego zlecenia mogą być dość wysokie.

Ale warto dodać, że nawet z domicylem w miejscu zamieszkania wcale nie musi być zawsze tak łatwo pod względem logistyki. Jeśli jesteś akurat na zleceniu w Amsterdamie, a nazajutrz masz być w Madrycie, to sensownie jest lecieć prosto z Amsterdamu – o ile klienci się zgodzą (możesz wtedy ustalić podział kosztów lotów po połowie za podróż twój domicyl-Amsterdam-Madryt-twój domicyl), tyle że takie sytuacje są raczej rzadkie.

Dlaczego niektórzy tłumacze wybierają domicyl inny niż miejsce, w którym mieszkają?

Powody mogą być różne. W tym akurat domicylu może być dużo pracy, ale głównie dla tłumaczy lokalnych. Rynek jest ogromny, ale tłumaczy też dużo, więc konkurencja wymusza pewne decyzje biznesowe. Nawet jeśli ktoś z „papierowym” domicylem w danym miejscu zarobi mniej za dzień niż ktoś skądinąd, to ma więcej tłumaczeniowych dniówek – zatem w ostatecznym rozrachunku zarabia być może więcej w danym miesiącu. Może wynajmuje tanie mieszkanie i tak naprawdę wcale nie ponosi wielkich kosztów? A może ma powiązania rodzinne, które sprawiają, że cała ta układanka działa bardzo dobrze? Poza tym pracując więcej, może częściej ćwiczyć swoje niedawno dodane języki, co nie jest bez znaczenia. Tak czy inaczej, to osobista decyzja każdego tłumacza. Warto jednak gwoli uczciwości dodać, że wzięty tłumacz z domicylem w miejscu, w którym faktycznie mieszka, zarobi na pewno dużo więcej, i to pracując mniej.

Ci, którzy pracują dla różnych instytucji międzynarodowych, wiedzą, jak bardzo ważne jest, ile języków ma się w kombinacji i jakie to języki. Dodanie języka – a tym samym uczynienie się bardziej konkurencyjnym i atrakcyjnym dla niektórych instytucji – trwa długo. Zmiana domicylu to natomiast decyzja wymagająca jednego emaila. A potem wprawdzie umiejętności doskonałego planowania i zarządzania finansami – ale te mają chyba wszyscy tłumacze często podróżujący…?

Czy domicyl inny niż miejsce zamieszkania się opłaca?

To zależy. Głównie od tego, ile dni pracuje się w tym „papierowym” domicylu. I pewnie – jak zawsze – od finansowych oczekiwań i potrzeb oraz sytuacji rodzinnej.

Na przykład Diana ma francuski A (czyli pracuje w kabinie francuskiej). Mieszka w Szkocji. Domicyl ma w Genewie. Pracuje bardzo często dla ONZ, bo ma angielski i rosyjski w kombinacji, jej niemiecki też się przydaje. Gdyby domicyl obrała w Szkocji, może dostałaby kilka dniówek w roku. A w tej sytuacji dostaje kilkanaście w miesiącu. Twierdzi, że domicyl w innym kraju niż ten, w którym mieszka, jak najbardziej się jej opłaca. Mimo że musi latać za własne pieniądze do Genewy. Ale tam ma z kolei ciocię, więc noclegi nie są problemem!

Czy domicyl można mieć tylko jeden?

Na rynku prywatnym „można” mieć ile się chce. Nikt nikomu nie może zabronić nieżądania od klientów płacenia za dojazd czy hotel. Słyszy się czasem o kolegach, którzy deklarują domicyl np. w mieście X we Francji, ale pracują też jako „lokalni” w mieście Y w Szwecji. I co? I nic. Koledzy z taką samą kombinacją w Szwecji i we Francji mogą się obrażać, mogą uważać takie praktyki za nieetyczne. Ale nie są one nielegalne. Są natomiast przez środowisko tłumaczy profesjonalnych postrzegane jako nieuczciwa konkurencja.

Natomiast każdy członek Międzynarodowego Stowarzyszenia Tłumaczy Konferencyjnych AIIC musi wybrać jeden domicyl. A wszyscy ci, którzy starają się o członkostwo, niewątpliwie hołdują zasadom AIIC, więc zakładam, że również tak właśnie czynią. I oczywiście, nie musi to być miejsce, w którym faktycznie mieszkają, zob. wyżej.

Na potrzeby instytucji UE każdy tłumacz konferencyjny-wolny strzelec także musi wybrać jedno miasto, które będzie uznawane przez UE za jego zawodową bazę. (W przypadku członków AIIC domicyl w UE musi być taki sam jak ich domicyl w AIIC; tak stanowi porozumienie AIIC-UE ws. warunków pracy nieetatowych tłumaczy konferencyjnych.) Ma to znaczenie dla rekrutacji tłumaczy ogromne.

Czy domicyl „na papierze” jest nieuczciwą konkurencją?

Choć niektórzy tak go postrzegają (nazywając go pogardliwie domicylem „fikcyjnym”), trzeba powiedzieć jasno, że taki wybór nie jest niezgodny z żadnymi przyjętymi w środowisku zasadami, o ile to domicyl „jedyny”.

Jednak nieco inaczej postrzegano by sytuację, w której osoba podająca się za „lokalną” w Genewie dla potrzeb ONZ, pracowałaby też jako „lokalna” w Liverpoolu, gdzie mieszka. Koledzy z tej samej kabiny, zwłaszcza ci z tą samą lub podobną kombinacją, którzy nie zdecydowali się przenieść domicylu do Genewy, konkurowaliby z nią o zlecenia w tejże Genewie (i nieuchronnie przegrywali), ale także o zlecenia liverpoolskie – a pewnie i te w Manchesterze, Sheffield czy Leeds. Nie dziwiłabym się, gdyby postrzegali taki podwójny domicyl w tej sytuacji ze wszech miar negatywnie. O ile jednak taka osoba nie jest członkiem AIIC, zrobić mogą niewiele. Co najwyżej nie powiedzieć „dzień dobry”.

Czy muszę się przenieść do Brukseli, by pracować dla UE?

Jeśli masz polski A i chcesz regularnie pracować dla Komisji Europejskiej i Rady – raczej tak (oczywiście po zdaniu egzaminu).

Jeśli chcesz pracować dla Parlamentu Europejskiego i/lub Trybunału Sprawiedliwości – nie. Ale czy będziesz mieć pracę, zależy od twojej kombinacji językowej i tego, jak dobrze tłumaczysz.

Z pracą jednak bywa nieróżowo. Wszystkim zainteresowanym polecam „Open Letter to the EU„, w którym pewna wiedeńska tłumaczka z niemieckim A pisze o swoim rozczarowaniu brakiem perspektyw w UE po zdaniu egzaminu akredytacyjnego.

Czy autorka tego posta zamierza się przenieść do Brukseli?

Nie, na pewno nie „papierowo”. Teraz mam domicyl tam, gdzie mieszkam – w Londynie. W którym można podziwiać czasem takie widoki jak ten na zdjęciu wyżej. Żeby móc tu mieszkać, domicylu przenieść nie mogę, bo by mnie na te widoki stać nie było. A gdybym pracowała tyle, że by mnie stać może i było, to kiedy miałabym je podziwiać?

 

AKTUALIZACJA 22.2.16 Dyskusja o domicylu:

Jeden domicyl: biznes, etyka, praktyka. Opinie tłumaczy

Dom a domicyl. Spojrzenie osobiste – opinia pewnej tłumaczki konferencyjnej, członkini AIIC (z jednym domicylem), która pisze o konieczności modernizacji tej zasady: “[R]ynek tłumaczeniowy ostatnich lat zmienił się na tyle, że słabe miejsca tego systemu objawiły się w pełnej krasie. […] Domicyl w stosunku do klientów instytucjonalnych ma swoją logikę, a dotychczasowe doświadczenia, ogólnie biorąc, przemawiają na jego korzyść. Domicyl na rynku prywatnym jest niezrozumiały dla klienta, jeśli tłumacz (z powodów jak najbardziej uzasadnionych na rynku instytucjonalnym) nie mieszka w obranym przez siebie mieście. Nierzadko trudno go też egzekwować. […] Domicyl nie ma przyszłości bez modernizacji.”

Domicyl tłumacza: teoria względności – pewien tłumacz z akredytacją UE pisze o tym, dlaczego ma dwa domicyle, w Polsce i w Brukseli: „Stanowczo odmawiam [stosowania zasady jednego domicylu]. Sprzeciwiam się takiemu podejściu, bo jest nierealistyczne. […] Obwinianie tłumacza z x domicylami to znalezienie sobie łatwego chłopca do bicia… [O]trzymując 500-600 euro za dzień w Brukseli i płacąc samemu za tani lot i tani hotel i tak przywożę do domu ponad 1000 zł. Idealne rozwiązanie? Nie, ale przynajmniej nikomu krzywda się nie dzieje. Z punktu widzenia polskiego rynku zrobiłem dobry interes, nie szkodząc przy tym nikomu.”

Fot. tm

                                             

Autor(ka) Wszystkie posty

Monika Kokoszycka

Monika Kokoszycka

Tłumaczka konferencyjna, członkini AIIC, z akredytacją UE (PL>EN, EN>PL, DE>PL). Absolwentka Instytutu Lingwistyki Stosowanej UW i podyplomowych studiów European Masters in Conference Interpreting (EMCI). W przeszłości wykładowca na londyńskim University of Westminster (EMCI) i ILS UW (w tym EMCI). Obecnie przedstawicielka na Wielką Brytanię i Irlandię sieci AIIC VEGA, która pomaga młodym tłumaczom stawiać pierwsze kroki w zawodzie. Prowadzi stronę „Tłumacze z polskiego" oraz anglojęzyczny blog „InterpreterSoapbox".

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.