Jeden domicyl: biznes, etyka, praktyka. Opinie tłumaczy

Napisałam kiedyś post o domicylu; o tym, co to właściwie jest, po co w ogóle zasada jednego adresu dla celów zawodowych, zwrotu kosztów za dojazd, czas dojazdu, hotel itd., i jak się ją stosuje w praktyce (albo się jej nie stosuje). Post zainspirował pewnego tłumacza do krytycznej wypowiedzi na temat rynku tłumaczeń konferencyjnych. Kolega stwierdził, że mój opis nie przystaje do rzeczywistości rynkowej w Polsce. Postanowiłam więc przeprowadzić mini-ankietę wśród kolegów i koleżanek tłumaczy w Polsce na temat domicylu. Czy ta zasada jest potrzebna? Słuszna? A może faktycznie nieżyciowa albo już przestarzała?
Oto ich wypowiedzi.

 

Karolina BEREZOWSKA, tłumaczka konferencyjna i pisemna, PL<>EN, FR, EL>PL, z domicylem w Warszawie:

Idea jednego domicylu jako wspólnego standardu sprawdzałaby się tylko wtedy, gdyby wszyscy trzymali się tych samych zasad. W tej chwili ta zasada przestała mieć jakikolwiek sens i coraz więcej tłumaczy pod presją rezygnuje z jednego stałego domicylu, skoro tłumacze broniący standardów (płatnych noclegów, półdniówek za dojazd itd.) konkurują z tymi, którzy dojeżdżają w cztery osoby jednym samochodem z Warszawy do Rzeszowa w nocy, żeby potem pracować cały dzień i znów wracać nocą, albo lecą na własny koszt tanimi liniami na odległe lotnisko i śpią w wynajętym pokoju w mieście, gdzie rzekomo mieszkają na stałe (a przynajmniej tak deklarują pracodawcy). Na rynku roi się od tłumaczy mających domicyl wszędzie, czyli w praktyce dojeżdżających i nocujących wszędzie na własny koszt. Rozumiem, że absurdem jest płacenie za hotel, gdy ma się w danym mieście bliską rodzinę, ale zupełnie inaczej wygląda oferta: „Proszę pokryć koszty dojazdu i pół dniówki za przyjazd dzień wcześniej, a za nocleg dziękuję, bo akurat mam w Krakowie ciocię” niż „Tak, oczywiście, dojeżdżam wszędzie bez dodatkowych kosztów dla klienta, a nocleg też sobie sam opłacę”.

Anna KIJAK, tłumaczka konferencyjna PL<>EN, z domicylem we Wrocławiu:
W wielu branżach płaci się dodatkowo za dowóz towaru, przyjazd fachowca itp. Dlaczego tłumacze nie mieliby wymagać tego od swoich klientów? Oczywiście, zdarza się czasem, że nie domagam się od klienta zwrotu za nocleg, bo w danym mieście nocuję u znajomych czy rodziny. Jeśli przy tym moja stawka jest taka sama jak stawka miejscowych tłumaczy (czy raczej wyższa, bo doliczam sobie kwotę za dojazd), to nie psuję lokalnego rynku, a jeśli do tego klient albo konkabinant zażyczył sobie właśnie mnie (bo już mnie sprawdzili wcześniej), to nie wygryzam też ze zlecenia zamiejscowych, którzy nie mają darmowego noclegu. Owszem, jestem od nich tańsza, ale wygrywam tym, że klient nie ma ochoty na testowanie innego tłumacza.

Trochę inaczej wygląda sytuacja, gdy jako tłumacz mam faktycznie dwa domicyle: w kraju, gdzie mieszkam, i domicyl „papierowy” (lub, jak kto woli, fałszywy) w innym kraju i tylko dzięki temu dostaję „zagraniczne” zlecenie (a nie dlatego, że np. klient chce właśnie mnie). W owym innym kraju są dużo wyższe stawki, więc opłaca mi się pokryć z własnej kieszeni koszty podróży i noclegu (a czasem korzystam z uprzejmości znajomych). Niektóre instytucje unijne są tutaj świetnym przykładem – są tłumacze, którzy dostają od nich zlecenia dlatego, że mają brukselski domicyl na papierze (o czym owe instytucje wiedzą). Oczywiście, nie oznacza to, że są gorsi, od tych, którzy mają jeden domicyl w Polsce. Ale gdyby na papierze wrócili do Polski, to zlecenia albo by się skończyły – bo dostaliby je równie dobrzy tłumacze faktycznie mieszkający w Brukseli lub blisko niej, albo byłoby tych zleceń dużo mniej – bo musieliby o nie konkurować z innymi, równie drogimi tłumaczami mieszkającymi i mającymi domicyl w Polsce. Tłumacze z „papierowym” domicylem może nie konkurują ceną o zlecenia w Polsce, ale o te w Brukseli jak najbardziej. Motywy mogą być różne, czasem zrozumiałe – wydaje mi się jednak, że takie rozdwojenie jaźni korzystne dla naszej branży nie jest. 🙂

Rafał KORYCIŃSKI, tłumacz konferencyjny i pisemny PL<>EN, z domicylem w Krakowie:
Zasadę jednego domicylu (tożsamego z miejscem zamieszkania) generalnie uważam za słuszną. Gdy pracujemy poza miejscem zamieszkania, klient powinien opłacić koszty naszych podróży (nie tylko sam koszt przejazdu, ale również utraconego czasu). Nie jest to zasada wymyślona przez tłumaczy – gdy wzywamy pomoc drogową lub fachowca do wykonania naprawy w domu, spodziewamy się że do rachunku zostanie doliczony koszt dojazdu. Problem z jednym domicylem pojawia się w sytuacjach nietypowych.

1) Tłumacz mieszka w niewielkiej wiosce 20 km od dużego miasta. Wszyscy jego klienci są z tego miasta. Większość konkurencji również mieszka w tym mieście. Ba, nawet dzieci tłumacz wozi do szkoły do tego miasta. W takiej sytuacji dość naturalnym jest traktowanie właśnie tego miasta jako domicylu. Jednak w razie dojazdu poza to miastosłuszne wydaje się obliczanie kosztów od domu tłumacza, nie od centrum miasta. Czasem koszt wyjdzie wyższy, czasem niższy, ale dość wątpliwe wydaje mi się np. obciążanie klienta kosztem dojazdu, jeżeli tłumaczenie odbywa się w miejscu zamieszkania tłumacza. Analogiczna jest sytuacja w przypadku zamieszkania w dużej aglomeracji – na Śląsku lub w Trójmieście. Generalnie nie ma znaczenia, czy ktoś mieszka w Sopocie czy w Pruszczu, tłumaczenie w Gdańsku albo Gdyni raczej powinien uznać za odbywające się w miejscu domicylu.

2) Tłumacz mieszka w niewielkiej miejscowości mniej więcej równo odległej od dwóch (lub więcej) dużych miast. Ktoś mieszka w Chrzanowie, dojazd do Krakowa zajmuje mu mniej więcej tyle samo czasu co do Katowic. W takiej sytuacji ograniczenie się do jednego domicylu wydaje się dosyć sztuczne. Zasadę jednego domicylu trudno tutaj sensownie uzasadnić, z punktu widzenia klienta. Dlaczego klient z Katowic miałby płacić tłumaczowi za dojazd z Krakowa, skoro tłumacz dojeżdża tylko z Chrzanowa? Albo na odwrót, jeśli jako domicyl tłumacz wybrał Katowice.

3) Tłumacz ma faktycznie dwa centra życia. Jego rodzina pochodzi z Gdańska, ale jako miejsce zamieszkania wybrał Warszawę. Jeździ do Gdańska na kilka dni co tydzień lub co dwa, bez względu na ewentualne zlecenia. Tutaj można by przyjąć zasadę, że ponieważ tłumacz jeździ do Gdańska na weekend i nie ponosi tam dodatkowych kosztów noclegu, faktura za ewentualne zlecenia w trakcie weekendu oraz dniach „przyległych” nie powinna obejmować dojazdu z Warszawy. Tyle że w takiej sytuacji trudno będzie przekonać klienta, że wprawdzie w poniedziałek za tłumaczenie ma zapłacić x, ale w środę już o czterysta złotych więcej. Dlatego tłumacz winien rozważnie podjąć decyzję. Zapewne uwzględniając sytuację rynkową, wypełnienie kalendarza zleceniami i częstotliwość wizyt w tym „drugim” miejscu zamieszkania. Tłumacz jednak powinien pamiętać o tym, że decydując się na dwa domicyle naraża się na pewne dodatkowe koszty. I nie mam tu na myśli kosztów dojazdu, a poważną szkodę na wizerunku wśród kolegów. W końcu, z punktu widzenia tłumaczy, którzy normalnie pracują w jednym lub drugim miejscu, osoba taka dopuszcza się dumpingu. O ile nie jest wybitnym specjalistą w jakiejś dziedzinie, inni tłumacze raczej nie będą zapraszać takiej osoby do współpracy w kabinie. W ten sposób ogranicza sobie możliwość rozwoju na jednym, wybranym rynku. Popada dokładnie w takie same błędne koło, jak tłumacze pisemni, stosujący zaniżoną stawkę. Aby zarobić na w miarę godne życie, muszą pracować tak dużo, że nie mają czasu rozwijać swoich i poszukać klientów gotowych zapłacić uczciwą stawkę za ich pracę. Ponieważ konkurują ceną, ciągle pracują pod presją cenową – zawsze znajdzie się ktoś, kto zaoferuje cenę niższą o 1%.

Nie wspomniałem o sytuacji, gdy tłumacz decyduje się na pracę poza miejscem zamieszkania bez doliczania kosztów podróży ot tak, po prostu, próbując zdobyć więcej zleceń. To bez wątpienia jest dumping – praktyka naganna w stosunku do kolegów, a w niektórych systemach prawnych nielegalna.

Andrzej MICHALIK, tłumacz konferencyjny i pisemny PL<>EN:
Zasada domicylu jest potrzebna, aby zapobiegać sytuacjom, w których tłumacze nie uzyskują zwrotu kosztów podróży i noclegu, ale jej skuteczność w obronie rynków lokalnych ogranicza trudność ustanowienia stawek minimalnych.

A.N., tłumacz konferencyjny PL<>EN, ES>PL:
Ta zasada jest bez sensu i sprzeczna z wolnym rynkiem. Nie ma co ludziom narzucać, że mają żądać od klientów zwrotu kosztów dojazdu, jeśli nam się opłaca tak czy siak dojechać na własną rękę i na przykład zatrzymać się u znajomych.

Karolina PLANDA, tłumaczka konferencyjna PL<>EN, FR>PL, z domicylem w Warszawie:
Jeden domicyl byłby dobrą zasadą, gdyby wszyscy go przestrzegali, a tak nie jest już od dawna i na pewno nie będzie, gdyż konkurencja w zawodzie jest zbyt duża. Na rynku instytucjonalnym spowodowane jest to nadpodażą młodych absolwentów, których akredytowano tuż przed polską prezydencją i dla których jedyną szansą zyskania jakichkolwiek kontraktów było podanie domicylu w Brukseli. Niektóre z tych osób realnie nawet tam mieszkają/mieszkały, lecz niektóre musiały zacząć dojeżdżać na własny koszt, bo nawet mając domicyl na miejscu nie dostawały tylu zleceń, żeby życie w Brukseli im się opłacało. I trudno ich w zasadzie za to winić. Jednak to uruchomiło lawinę, której nie zatrzyma już chyba nic. Teraz nawet bardziej doświadczeni kombinują z domicylem, żeby zwiększyć swoje szanse na miejsce przy karmniku. Na rynku prywatnym zaś od dawna chyba już panuje wolna amerykanka – czyli każdy bierze tyle, ile mu się opłaca i ma domicyl tam, gdzie akurat mu pasuje. No chyba że jest w AIIC, ale żeby być w AIIC, trzeba bywać na konferencjach poza domicylem, co niekoniecznie jest łatwe w obecnej sytuacji. Więc mamy tzw. Catch 22.

Krzysztof ZABRZESKI, tłumacz konferencyjny PL<>EN, członek AIIC, z domicylem w Warszawie:
Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, żeby nie miało być jakiejś zasady dającej zwrot kosztów dojazdu. Tu nie chodzi o jakieś górnolotne idee czy sprawiedliwość, to po prostu nieopłacalne.

Inne komentarze na ten temat w osobnych postach:

Opinia pewnej tłumaczki konferencyjnej, członkini AIIC (z jednym domicylem), która pisze o konieczności modernizacji tej zasady: “[R]ynek tłumaczeniowy ostatnich lat zmienił się na tyle, że słabe miejsca tego systemu objawiły się w pełnej krasie. […] Domicyl w stosunku do klientów instytucjonalnych ma swoją logikę, a dotychczasowe doświadczenia, ogólnie biorąc, przemawiają na jego korzyść. Domicyl na rynku prywatnym jest niezrozumiały dla klienta, jeśli tłumacz (z powodów jak najbardziej uzasadnionych na rynku instytucjonalnym) nie mieszka w obranym przez siebie mieście. Nierzadko trudno go też egzekwować. […] Domicyl nie ma przyszłości bez modernizacji.” Cały tekst znajdziesz tutaj.

Pewien tłumacz z akredytacją UE pisze o tym, dlaczego ma dwa domicyle, w Polsce i w Brukseli: „Stanowczo odmawiam [stosowania zasady jednego domicylu]. Sprzeciwiam się takiemu podejściu, bo jest nierealistyczne. […] Obwinianie tłumacza z x domicylami to znalezienie sobie łatwego chłopca do bicia… [O]trzymując 500-600 euro za dzień w Brukseli i płacąc samemu za tani lot i tani hotel i tak przywożę do domu ponad 1000 zł. Idealne rozwiązanie? Nie, ale przynajmniej nikomu krzywda się nie dzieje. Z punktu widzenia polskiego rynku zrobiłem dobry interes, nie szkodząc przy tym nikomu.” Cały tekst znajdziesz tutaj.

Fot. Sarah Altendorf / Flickr

                                                   

Autor(ka) Wszystkie posty

Monika Kokoszycka

Monika Kokoszycka

Tłumaczka konferencyjna, członkini AIIC, z akredytacją UE (PL>EN, EN>PL, DE>PL). Absolwentka Instytutu Lingwistyki Stosowanej UW i podyplomowych studiów European Masters in Conference Interpreting (EMCI). W przeszłości wykładowca na londyńskim University of Westminster (EMCI) i ILS UW (w tym EMCI). Obecnie przedstawicielka na Wielką Brytanię i Irlandię sieci AIIC VEGA, która pomaga młodym tłumaczom stawiać pierwsze kroki w zawodzie. Prowadzi stronę „Tłumacze z polskiego" oraz anglojęzyczny blog „InterpreterSoapbox".

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.