Dom a domicyl. Spojrzenie osobiste

Nawiązanie do posta o domicylu, wyjaśniającego zasady stosowane przez członków stowarzyszeń zawodowych, dotyczące zwrotu (albo pokrycia) kosztów podróży do miejsca zlecenia, hotelu, wyżywienia itp. – oraz opinii innych tłumaczy na temat tych zasad. Autorka chce pozostać anonimowa.

 

Kiedy po przystąpieniu do AIIC zetknęłam się z bestią zwaną domicyl, nie mogłam się w niej połapać. OK, domicyl = miejsce, w którym się mieszka, myślałam. Tak jednak sprawy mają się tylko u niektórych tłumaczy. Inni urządzili się gdzieś daleko, np. na wsi, z domicylem w stolicy, do której nie sposób im codziennie dojeżdżać na konferencje. Jeszcze inni nie pracują wcale na konferencjach w mieście swojego zamieszkania – pomimo iż odbywa się ich w nim niemało, bo za swój domicyl obrali inną metropolię. I tak jest dobrze – jest w porządku. Aha?

By zasada ustalania sobie jednego tylko domicylu przez każdego tłumacza stała się bardziej klarowna, trzeba spojrzeć na nią przez pryzmat tradycyjnych dużych rynków AIIC-owskich: w warunkach, gdy większość kolegów ­freelansów ma podobne mainstreamowe kombinacje językowe, a w obieranych domicylach siedzibę mają ich potencjalni klienci instytucjonalni (lub nawet firmy prywatne) z odpowiednio pokaźną i regularnie oferowaną pulą dni tłumaczeniowych, jest ona uzasadniona.

W takim kontekście określenie przez każdego kolegę czy koleżankę swojej – rzeczywistej czy też umownej – bazy roboczej daje swobodę decyzji, gdzie kto woli ubiegać się o więcej zleceń, utrzymując zarazem w miarę sprawiedliwy ich podział.

Pod warunkiem oczywiście, że sami tłumacze postrzegają tego rodzaju dżentelmeńską umowę jako korzystną.

W praktyce jednak rynek tłumaczeniowy ostatnich lat zmienił się na tyle, że słabe miejsca tego systemu objawiły się w pełnej krasie. Coraz trudniej też bagatelizować niełatwo rozwiązywalne kwestie. Kilka z brzegu przykładów:

Z perspektywy wolnego strzelca osiadłego w jednej z metropolii zachodnioeuropejskich, pierwsze zasadnicze przemiany można było zauważyć wraz z wejściem w życie dyrektywy o Europejskich Radach Zakładowych, tzn. pod koniec lat 90. Pojawia się mnóstwo jednorazowych klientów, konferencji organizowanych tylko raz do roku, w dodatku w coraz to innym mieście. Dla agencji, profesjonalistów eventowych czy zleceniodawców zestawiających zespoły tłumaczeniowe z wieloma trudnymi do znalezienia językami (np. środkowoeuropejskimi), domicyl nie tylko jest nieznany, ale wręcz nie ma dla nich sensu: dlaczego np. tłumacz A, mieszkający w Londynie, oferujący pożądaną a zarazem rzadką kombinację jezykową twierdzi, że pracę w tym mieście może przyjąć tylko pod warunkiem opłaty przejazdu z Paryża, natomiast tłumacz B mieszkający w odległości 250 km od Londynu gotów jest przyjechać bez doliczania kosztów przejazdu, daje jednak do zrozumienia, że byłby wdzięczny, gdyby przypadkiem znalazło się dla niego zakwaterowanie?

Języki, których chce współczesny rynek europejski, też znacznie się dziś różnią w porównaniu ze stanem rzeczy sprzed 20, a nawet 15 lat. Rozszerzanie UE powoduje, że wielu (głównie młodych) tłumaczy z krajów Europy Środkowej i Wschodniej pod wpływem czy już pewnej presji, czy też okoliczności, przenosi swój domicyl do Brukseli. Nierzadko jednak okazuje się, że nie ma tu dla nich aż tyle pracy, by normalnie się utrzymać. A pozostawienie domicylu w kraju ojczystym nie wchodzi w grę , bo to oznaczałoby zero pracy od dużego, regularnego klienta, co nie tylko bije po kieszeni; brak regularnego kontaktu z kabiną to zastój profesjonalny. W praktyce więc wielu absolwentów szkół tłumaczeniowych, niezależnie od domicylu w Brukseli, większość czasu spędza w swoim kraju ojczystym. A że rynki krajowe komodytyzują się i raczej kurczą, nawet tam ofert jest niewiele. Jak w tych okolicznościach przekonywać młodego kolegę czy koleżankę, że nie powinni przyjmować zleceń u siebie w domu? Zleceń bardziej urozmaiconych, niż w Brukseli, pogłębiających ich warsztat? Nawet kiedy klient nie może znaleźć nikogo innego z takim akurat jak oni profilem językowym? Czy nie wygłupimy się, sugerując konieczność wnioskowania o opłacenie dojazdu z Brukseli? Bo nawet gdyby jakiś zleceniodawca gotów był go sfinansować, to jak można legalnie tę umowną przecież sumę rozliczyć?

Kolejny szkopuł: domicyl zmieniać można tylko co 6 miesięcy. Prawdopodobnie by uzgodnić rejestr AIIC-u z zasadą przestrzeganą u klientów instytucjonalnych. To prawda, że od strony formalnej jest bardziej przejrzyście. W dzisiejszej globalnej wiosce jednak, gdzie niejeden tłumacz z różnych powodów pomieszkuje w dwu lub więcej miejscach, rzeczywistość ani rusz nie chce się do tego ustalenia dostosować. Mam koleżankę, której mąż jest przedstawicielem handlowym dużej firmy farmaceutycznej. Mieszkają razem miesiąc czy dwa w Hiszpanii, miesiąc w Belgii i ewentualnie półtora miesiąca w Londynie. I tak na przemian. Mają adres pocztowy i umeblowane mieszkania w trzech miastach. Koleżanka owa przyjmuje zlecenia jako tłumacz lokalny tylko w sytuacji, kiedy akurat znajduje się w danym miejscu. W Brukseli swą dostępność dostosowuje do planów męża. W Hiszpanii rozlicza się z kosztów przejazdu albo też nie, według tego, skąd akurat musi przybyć. Jej kombinacji językowej niełatwo zastąpić. Jak można z czystym sumieniem probować ją przekonać, że postępuje niewłaściwie?

Podsumowując: domicyl w stosunku do klientów instytucjonalnych ma swoją logikę, a dotychczasowe doświadczenia, ogólnie biorąc, przemawiają na jego korzyść.

Domicyl na rynku prywatnym jest niezrozumiały dla klienta, jeśli tłumacz (z powodów jak najbardziej uzasadnionych na rynku instytucjonalnym) nie mieszka w obranym przez siebie mieście. Nierzadko trudno go też egzekwować.

Oprócz tego samym tłumaczom brak motywacji, by lojalnie przestrzegać archaicznych nieco zasad domicylu na nieprzewidywalnym rynku prywatnym. Nie wiadomo zresztą, ilu tłumaczy tych zasad się trzyma, bo umowność domicylu jest tabuizowana.

Mój wniosek? Domicyl nie ma przyszłości bez modernizacji. Trzeba by na początek np. umożliwić tłumaczom częstsze jego zmienianie, czy też usankcjonować listę okoliczności, które zezwolą na domicyl w dwu miastach lub na pracę poza domicylem bez doliczania kosztów przejazdu. W przeciwnym razie owa bestia zwana domicyl na rynku prywatnym stanie się fikcją.

 

Zob. też tekst pewnego tłumacza z akredytacją UE, który pisze o tym, dlaczego ma dwa domicyle, w Polsce i w Brukseli: „Stanowczo odmawiam [stosowania zasady jednego domicylu]. Sprzeciwiam się takiemu podejściu, bo jest nierealistyczne. […] Obwinianie tłumacza z x domicylami to znalezienie sobie łatwego chłopca do bicia… [O]trzymując 500-600 euro za dzień w Brukseli i płacąc samemu za tani lot i tani hotel i tak przywożę do domu ponad 1000 zł. Idealne rozwiązanie? Nie, ale przynajmniej nikomu krzywda się nie dzieje. Z punktu widzenia polskiego rynku zrobiłem dobry interes, nie szkodząc przy tym nikomu.” Cały tekst znajdziesz tutaj.

Fot. mk

                                                

Autor(ka) Wszystkie posty

K.M.

Tłumaczka konferencyjna

1 komentarzSkomentuj

Skomentuj

Twój adres email nie zostanie opublikowany.